Kongres kultury 2016

Bogusław Stanisławski:

W poczuciu dramatyzmu chwili, zatrwożeni językiem nienawiści i pogardy, narastaniem ksenofobii i aktów przemocy z powodu różnic kulturowych, religijnych i rasowych, świadomi głębokich wstrząsów, jakich doświadcza życie społeczne i sfera publiczna (…), w obronie wolności i praw apelujemy o wsparcie idei zwołania Kongresu Kultury…

Echa Społeczne - Kongres Kultury 2016
fot.  Facebook/Kongres Kultury

Tak mi się złożyło, że dopiero dzisiaj, dwa dni po zamknięciu Kongresu Kultury – wydarzenia, które zaistniało w przestrzeni publicznej i które wydaje mi się niezwykle ważne – mam możliwość wyciszenia się i „rzucenia na papier” kilku refleksji na temat tego, co wydarzyło się w dniach 7 – 9 października w warszawskim PKiN. Nasuwają się też pytania, na ile udział KOD-u w tym wydarzeniu był znaczący, jak został postrzeżony i co z tego dla całego naszego ruchu obrony demokracji wynika. Komentarzy było już sporo, tak więc swoje refleksje traktuję jako ich ciąg dalszy.

To był już czwarty Kongres Kultury – ogólnonarodowa debata jej twórców i animatorów – zwołany w odzyskanej po czasie wojny i zniewolenia przestrzeni wolności. Zwoływano go zawsze – jak głosi manifest tegorocznego spotkania – „…w najważniejszych momentach naszej współczesności…”

Echa Społeczne - Kongres Kultury 2016
fot. Monika Nowak Ruchała

Ten pierwszy, historyczny, zwołany jesienią 1981 roku, został brutalnie przerwany wprowadzeniem stanu wojennego. Stawiano na nim pytania fundamentalne: o rolę kultury w – zdawało się wówczas – odradzającej się, suwerennej państwowości, ale też określono jej przesłanie, które stało się aktualne dla kolejnych kongresów: „…zdiagnozowanie stanu ducha obywateli Rzeczypospolitej i wyzwanie rzucone politykom przeciwko rozbiorowi tego, co wspólne…” Drugi, kolejny Kongres Kultury zwołany w roku 2001, pomyślany był jako dokończenie tego historycznego: stawiane pytania nawiązywały do tych sprzed 20 lat, jakże i wówczas aktualnych. W sytuacji politycznej początku 21. wieku można już było odpowiedzieć na nie ze znacznie większą precyzją. Powstał z tego zawierający setki stron dokument – grube tomiszcze, w którym znalazły się wszystkie wypowiedzi jego uczestników, zawarte w nich refleksje i wypływające z nich wnioski o nieprzemijającej aktualności. Jako skromny, z ostatniego rzędu, uczestnik tego wydarzenia mam to tomiszcze na swoich półkach i wstyd mi tylko, że tak rzadko po niego sięgam. Kongres trzeci miał być inny: zwołany w roku 2009 do Krakowa przez ówczesnego ministra kultury pod hasłem „Kultura się liczy” miał być promocją kultury postrzeganej jako towar, jako element modernizującej się gospodarki, produkt „przemysłu kreatywnego”. Jak było do przewidzenia, inicjator poniósł porażkę; inicjatywę przejęli twórcy i w oparciu o hasło „Kultura się liczy” domagali się jej poważnego potraktowania przez państwo, co wyraziło się postulatem przeznaczenia na nią co najmniej 1% rocznego budżetu. Powstały w wyniku tego kongresu ruch „Obywatele kultury” doprowadził do realizacji tego postulatu, co znalazło wyraz w „Pakcie dla Kultury” zawartym z rządem w roku 2011.

KOD odkłamuje rzeczywistość

Oddolna inicjatywa społeczna twórców zwołania czwartego Kongresu Kultury w roku 2016 nawiązywała swoim etosem do korzeni, do tego „pierwszego historycznego”, który rzucał politykom „…wyzwanie przeciwko rozbiorowi tego, co wspólne…”. W tegorocznym manifeście poprzedzającym Kongres czytamy: „… W poczuciu dramatyzmu chwili, zatrwożeni językiem nienawiści i pogardy, narastaniem  ksenofobii i aktów przemocy z powodu różnic kulturowych, religijnych i rasowych, świadomi głębokich wstrząsów, jakich doświadcza życie społeczne i sfera publiczna (…), w obronie wolności i praw apelujemy o wsparcie idei zwołania Kongresu Kultury…

Czytając te słowa nasuwa się nieodparcie, że przecież podobna – by nie rzec, identyczna – trwoga podzielana przez tysiące, jak nie miliony Polaków, spowodowała spontaniczne zaistnienie obywatelskiego ruchu na rzecz obrony fundamentalnych wartości, który przyjął nazwę Komitetu Obrony Demokracji: to są przecież nasze lęki, które wymuszają na nas wzmożenie obywatelskiej aktywności. Tak więc naturalnym odruchem mazowieckiej Sekcji Edukacji KOD była odpowiedź na apel organizatorów Kongresu: „Zbierzmy się”. Deklarując nasze zainteresowanie uczestnictwem w Kongresie przekazaliśmy równocześnie organizatorom naszą propozycję jednego z tematów kongresowej debaty: „Zakłamana rzeczywistość, czyli o tym, jak zniewala nas fałsz”. No, i początkowo nie było łatwo. Nasza propozycja przyjęta była z dystansem spowodowanym zrozumiałą skądinąd obawą, żeby Kongres nie przerodził się w dyskurs polityczny. Ustalono ostatecznie, że poddana zostanie weryfikacji na równi z pozostałymi tematami – zgłoszono ich ponad 300 – w plebiscycie rozpisanym wśród uczestników Kongresu (zarejestrowało się, wyrażając zainteresowanie uczestnictwem, ponad 1000 osób). Z kongresowej logistyki – „przepustowości” przeznaczonych na obrady Kongresu sal – wynikało, że możliwe będzie przeprowadzenie, obok 15 debat plenarnych, 42 debat organizowanych przez oddolne grupy inicjatywne, które zyskały nazwę „stolików”. Tak więc zaistnieliśmy jako jeden z potencjalnych „stolików” i stanęliśmy w szranki z nadzieją, że w demokratycznym głosowaniu nasz temat znajdzie się w grupie czterdziestu dwóch przyciągających najwięcej uwagi. Nadzieja nie zawiodła. Wynik głosowania przesądził, że znaleźliśmy się w tej grupie na poczesnym, szóstym miejscu: temat okazał się „wstrzelony” w społeczne zapotrzebowanie.

Noblesse oblige. Wyłoniła się wspaniała i wysoce kreatywna grupa KOD-owskiego wolontariatu, której udało się pozyskać wybitnych przedstawicieli świata nauki –  wśród  nich znanego działacza społecznego – którzy zgodzili się, jako paneliści, rozpocząć naszą debatę. W panelu zasiedli, dzieląc się swymi przemyśleniami, prof. Radosław Markowski, dyrektor Centrum Studiów nad Demokracją na Uniwersytecie SWPS, prof. Jarosław Płuciennik, profesor zwyczajny w Instytucie Kultury Współczesnej Uniwersytetu Łódzkiego, doc. dr Jacek Wasilewski, kulturoznawca i Krzysztof Łoziński, dziennikarz i publicysta, działacz społeczny „od zawsze” zakładając, że „zawsze” rozpoczyna się z chwilą powstania KOR; debatę zgodził się poprowadzić historyk idei, Adam Puchejda. KOD-owskim wolontariuszom udało się jeszcze coś więcej: pozyskać materiały na piśmie od znakomitych osób, które nie mogły osobiście wziąć udziału w kongresowej debacie. W ten sposób swymi przemyśleniami podzielili się prof. Jerzy Bartmiński, językoznawca, profesor zwyczajny w Instytucie Slawistyki PAN, prof. Wiesław Władyka, prasoznawca, profesor historii na Uniwersytecie Warszawskim związany również z Instytutem Badań Literackich PAN, Jan Bazyl Lipszyc, zaangażowany społecznie dziennikarz i publicysta (Niezależne Forum Publicystów, Salon24, Polityka, GW), Piotr Fuglewicz i Bogusław Jackowski, informatycy i działacze społeczni, last but not least – doc. dr Elżbieta Maria Kauer, wykładowca w Katedrze Literatury Polskiej UW, niezwykły dydaktyk kształtujący postawy młodzieży, żarliwa działaczka na rzecz społecznej edukacji w ramach aktywności KOD, inspirująca swoją kreatywnością uczestniczka zespołu przygotowującego KOD-owski „stolik”, tragicznie zmarła w przeddzień Kongresu. Te „pisemne przemyślenia” i kilka jeszcze innych złożyły się na cenny zbiór materiałów, które dystrybuowane były wśród uczestników debaty w formie publikacji i wciąż dostępne są zainteresowanym w formie elektronicznej.

Debatę przy KOD-owskim „stoliku” na temat zakłamanej rzeczywistości, praźródła dramatu, jaki ma swój wyraz w społecznych podziałach i polsko-polskiej wojnie, określić można – myślę, że bez przesady i unikając fałszywej skromności – jako tę z najwyższej półki. Było w niej o ani jedno słowo „za dużo” – takie, które wykraczałoby poza ramy intelektualnej debaty wkraczając w obszar polityki i o ani jedno słowo „za mało”, które ograniczałoby swobodną, czasem ostrą wypowiedź definiującą dramatyczną rzeczywistość. Było to ponad półtoragodzinne, troskliwe poszukiwanie przyczyn i równie troskliwa próba stawiania diagnozy. Nie podejmuję się streszczenia tej debaty: wykraczałoby to poza ramy garści refleksji, a także – myślę – moich kompetencji. Wspomnę może tylko kilka „haseł wywoławczych”, które najbardziej utkwiły mi w pamięci i które – w moim odczuciu – wyrażają debatowe klimaty. Należą  do nich rozważania nad empirycznymi kategoriami prawdy, a równocześnie zjawiskiem popytu na kłamstwo przy równoczesnej podaży, która zawiera kłamstwo zorganizowane, by nie rzec zinstytucjonalizowane; nad „sponsorowanym terroryzmem kłamstwa”, którego efektem jest zalewający społecznościowe media „hejt”; nad rolą języka, który – zgodnie z wyznaczoną mu rolą – winien służyć komunikacji, a stał się źródłem agresji i opresji w walce z wrogiem, która zaczyna się od jego nazwania. To również wskazanie na metody produkowania kłamstwa, którego przykładem może być wycinkowe powoływanie się na wypowiedź naukowca, które całkowicie zmienia przesłanie tej wypowiedzi; to również larum na temat spadku poziomu zaufania do kogokolwiek, co przynosi katastrofalne skutki społeczne. Tym próbom diagnozy towarzyszyły też propozycje kuracji. Należało do nich wskazanie na konieczność jak najdalej posuniętej samoorganizacji, powoływania „prawdziwościowych korporacji”, w skład których winny wejść przede wszystkim organizacje pozarządowe i środowiska akademickie; należał również do nich apel o kulturę języka, o przeciwdziałanie jego zachwaszczaniu.

Tyle o „naszym” wydarzeniu. Nie sposób odnieść się do wszystkich innych kongresowych debat wobec możliwości tylko bardzo wycinkowego ich podsłuchania, jednak i z tych wycinków jakieś wrażenie pozostało. Tym podstawowym jest konstatacja, że wszystkie wypowiedzi cechowało żarliwe zaangażowanie i próby diagnozy. Jest jednak i inne, dotyczące znacznej rozbieżności w klimacie zasłyszanych wypowiedzi: bywały znacznie ostrzejsze i znacznie bardziej radykalne od tych, jakie padały w debacie „kodowskiej”, ale były też głosy – wydaje mi się – nadmiernie koncyliacyjne, domagające się „uderzenia we własne piersi”. Dalibóg, uznając najdalej nawet posuniętą pokorę za cechę pozytywną, nie mogę w tym dramatycznym polsko-polskim sporze znaleźć powodu do osobistej skruchy.

Powracając jednak do „kodowskiego” zaistnienia w tej ważnej debacie publicznej na forum Kongresu Kultury, nasuwają mi się dwa ważne spostrzeżenia i oba kwalifikuję jako znaczący sukces tego spontanicznego, szlachetnego ruchu, jakim jest Komitet Obrony Demokracji. Spostrzeżenie pierwsze – to zaprezentowanie się KOD-u na tym forum jako organizacji /struktury/ wspólnoty (niepotrzebne skreślić) jednoznacznie i niekwestionowalnie typu non-violence, uparcie tropiącej przyczyny i skutki dramatycznego polskiego kryzysu, poszukującej diagnozy i gotowej do podejmowania wszelkich zgodnych z prawem bezprzemocowych działań na rzecz obrony fundamentalnych wartości. Wydaje mi się to niezwykle ważne w świetle insynuacji i prowokacyjnych oszczerstw pod adresem KOD-u płynących z ust konstytucyjnie umocowanych przedstawicieli państwa, nie mówiąc już o haniebnych bzdurach ostrzegających przed podpaleniem Polski, wypowiedzianych przez pewnego ministra. Spostrzeżenie drugie – to niezwykły kreatywny potencjał KOD-owskiego wolontariatu: przy minimalnych środkach, obciążona przecież mnóstwem obowiązków, niewielka grupa osób, która się tego podjęła, zdołała w trybie niemal alarmowym zorganizować wydarzenie, które pod względem zarówno organizacyjnym, jak merytorycznym nie tylko nie ustępowało standardowi innych kongresowych „stolików”, ale wręcz dla wielu mogłoby być wzorcem: tak to przynajmniej wynika z moich obserwacji. Dam przykład: nigdzie poza naszą debatą nie zauważyłem dystrybuowanych wśród jej uczestników dodatkowych materiałów, i to o jakiej jakości!

I na koniec marzenie, bo cóż to byłoby za życie bez marzeń. Marzenie o tym, żeby dorobek tej naszej kongresowej debaty nie poszedł na marne. Żeby spisane były istniejące gdzieś w wirtualnej przestrzeni wypowiedzi naszych panelistów, a może też co cenniejsze wypowiedzi, jakie padały „z sali”. Żeby wraz z materiałami, o których wyżej, dostępne były wszystkim aktywnym i zaangażowanym działaczom KOD-u jako źródło inspiracji, a równocześnie cenny drogowskaz w planowaniu i realizowaniu dalszej aktywności. Żeby ten nasz kongresowy dorobek mógł też trafić do osób spoza naszego środowiska, wahających się, przytłoczonych fałszem, może też wręcz do ludzi myślących zupełnie inaczej jako bogaty w argumenty wkład w jakże oczekiwany dialog, który przecież kiedyś nastąpić musi.

Bo nadzieja umiera ostatnia.


11390300_887147514660646_455253294792903409_n

Bogusław Wacław Stanisławski  (ur. 1930) – działacz opozycji demokratycznej w latach 80. Współzałożyciel polskiego oddziału Amnesty International, w latach 1999 – 2001 prezes zarządu Amnesty International w Polsce. Od 2006 przewodniczący rady Fundacji Inna Przestrzeń. W 2011 odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski przez prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.