W takim pudełku

Poszukiwałam niezwykle cennego dokumentu, który gdzieś widziałam, ale nie wiem gdzie. W tym celu wyciągnęłam pudło z różnymi Bardzo Ważnymi Dokumentami i ku mojej ogromnej radości trafiłam na szalenie zajmującą korespondencję z miejscowym sądem dotyczącą zbrodniczej sprawy pewnego nicku.

Anka Grzybowska

A było to tak – jakaś pani skomentowała na naszym miejscowym portalu tekst, pisząc, że żona wiceburmistrza pochodzi z bardzo biednej rodziny, co zresztą było prawdą. Małżonka wicka uznała, że to jest pomówienie i sprawę oddała w ręce sądu. Ten zapragnął uzyskać numer IP kompa z którego wysłano komentarz. No i się zaczęła jazda…

My numeru IP nie mieliśmy, a nawet gdybyśmy go mieli, to i tak byśmy go nie dali. Sąd się zaparł – pisał do mnie i oddzielnie do mojego wspólnika niezwykle napuszone pisemka, grożąc nam sądem morskim. Absolutnie spokojnie odpisywaliśmy, że IP nie mamy, wiec nie możemy go podać, a równie dobrze można od nas żądać dostarczenia do sądu pancerfausta z pełną obsługą. To akurat napisałam ja, ale oburzony sędzia uznał to za zniewagę sądu i przyłożył i mi, i mojemu wspólnikowi, który w sprawie pancerfausta był kompletnie niewinny, po 1000 zetów jakiejś kary. Złośliwie wzięliśmy dwóch adwokatów, a co! W ten sposób sąd wysyłał pisma już nie w dwóch, a w czerech egzemplarzach.

Fot. Pixabay.com

Korespondencja trwała w najlepsze – każda kancelaria adwokacka odpisywała, że nie możemy dostarczyć czegoś, czego nie mamy, to samo – oddzielnie – pisaliśmy my. Sąd dzielnie nam odpisywał. Do tego doszła sprawa tej grzywny, więc liczba pisemek wzrosła. Zabawa trwała pół roku, wreszcie sąd wpadł na pomysł wysłania do nas jakiegoś faceta, który miał wykryć ten pieprzony numer IP. Facet przyjechał, wypił kawę, kompa nawet nie tknął, ale że był z Wrocławia, więc na koszt sądu pomieszkał sobie w dobrym hotelu i zainkasował całkiem przyzwoitą sumę za swoją niezmiernie cenną usługę. W efekcie był całkiem zadowolony i nawet zaczęliśmy kombinować, jakby tu sprawę przeciągnąć, bo żona owego pana nigdy nie była na Mazurach, a darmowe wczasy piechotą nie chodzą.

Zabawa trwała. Sąd wysłał nam kolejny zestaw pisemek, z których wynikało, że pan z Wrocka wprawdzie nic nie wykrył, ale nie jest wykluczone, że ten numer IP jednak gdzieś jest i sąd za punkt honoru postawił sobie udowodnienie nam, że ściemniamy. W odwecie nasi znakomici pełnomocnicy z pełną powagą, rwąc boki ze śmiechu, zasypali sąd dużą ilością kolejnych pisemek. Wkurzony sąd przestał odpisywać nam, twierdząc – nie bez racji – że wystarczy mu ożywiona działalność naszych adwokatów. Znalazłam nawet jakieś pismo, w którym proponujemy – biorąc pod uwagę mizerny stan tak finansów państwa, jak i naszych – żeby zamiast przesyłać sobie te pisma pocztą ze zwrotką użyć do tego celu maila, co sędzia dumnie odrzucił w czterech egzemplarzach.

Z dat wynika, że cały cyrk trwał przez 9 miesięcy i nagle się urwał. Jedynym śladem tego, że sędzia jednak żyje jest pisemko od mojego adwokata, z którego wynika, że odpuszczono nam grzywnę za tego pancerfausta.

Nie wiem, ile to wszystko kosztowało, Nasi adwokaci nie wzięli ani grosza i najwyraźniej byli cali szczęśliwi z dobrej zabawy. Nie mam też pojęcia, co się stało z tą sprawą – sama wygasła?

Kurcze, czego to człowiek w takim pudełku nie znajdzie…

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.