Największy ze wszystkich ruchów pokojowych na świecie

Biblioteka, Społeczeństwo

Codziennie, a czasem nawet kilka razy dziennie, Lenin zwracał się do tłumów z platformy wzniesionej przed pałacem słynnej baletnicy, Krzesińskiej. Kiereński, minister wojny w Rządzie Tymczasowym, który nastąpił po upadku cara, skłonny był wybuchać kwiecistą mową, namiętnymi nawoływaniami do kontynuowania wojny z Niemcami, aby ocalić nową społeczną demokrację. A Lenin, przywódca przeciwnej frakcji, był opanowany; miast bujać w obłokach – mocno stał na ziemi, wcisną wszy ręce w kieszenie znoszonej niebieskiej marynarki. Raz za razem stawiał tłumom pytanie: „Co mamy z tej wojny?” I sam dawał na nie odpowiedź: „Rany, cierpienie, głód – i śmierć”. Tłumy grzmiały aprobatą. Rosja, ogłosił Lenin, pragnie pokoju.

Richard Grenier 1
Włodzimierz Ilicz Lenin

Był to największy ruch pokojowy we współczesnej historii. Nie był on jednak ostatnim. Gdy w latach trzydziestych Hitler dochodził do władzy, wielu w demokratycznych krajach Zachodu przemawiało w imieniu „pokoju”, dając wyraz swym postawom ugodowym, co zdyskredytowało to słowo jako slogan na całe dekady. Lecz podczas wojny wietnamskiej „pokój” stał się na powrót poważany, choć w historycznej ignorancji i w semantycznym bałaganie tamtych czasów rzadko można było poznać, czy przemawiający byli całkowitymi pacyfistami (którzy poddaliby każdą wojnę), pacyfistami wybiórczymi (tj. poddaliby tylko niektóre), czy też może ludźmi, którzy uważali po prostu, że wojna jest straszna (ci zaś to pseudointelektualiści, jako że żaden z piewców cnót wojennych, od Homera poczynając, nigdy nie twierdził, że wojna jest ogrodem rozkoszy).

Ten wielki i wspaniały galimatias szkół etycznych znów powrócił na pole bitwy we współczesnej debacie na temat broni jądrowej, gdzie kwakrzy, biskupi katoliccy, komuniści oraz stowarzyszenia hodowców kanarków zgodnie łączą się we wspólnej walce przeciwko wojnie nuklearnej. Projekt listu pasterskiego, omawiany ostatnio przez biskupów, zdaje się wskazywać, iż zwrócili się oni gwałtownie ku czysto pacyfistycznym pozycjom; mają oni rzecz jasna rację, gdy powiadają, że bronie jądrowe nadają wojnie całkowicie nowe i przerażające wymiary, tak że trudniej jest zadośćuczynić stawianym przez kościół kryteriom wojny sprawiedliwej: „roztropności” oraz „proporcjonalności”. Wraz z George’m Orwellem wierzę jednak, że wyparcie się gwałtu jest luksusem, na który może pozwolić sobie niewielka garstka tylko dlatego, że inni są gotowi czynić przemoc za nich; dlatego też ciekaw jestem, czy owi biskupi przygotowani są do życia w świecie, do którego prowadziłoby totalne odrzucenie środków odstraszenia. A ponieważ ruch pokojowy rozochocił ekstatyczne tłumy nowych, niewyrafinowanych zwolenników, warto przypomnieć zmienne koleje losu wcześniejszych ruchów pokojowych, a zwłaszcza najbardziej spektakularnego z nich wszystkich – zapomnianego rosyjskiego ruchu pokojowego z 1917 roku. Tam również porzucono drobiazgowe etyczne rozróżnienia. Rosja, obaliwszy cara, z boleśnie rozdartą społeczną strukturą wchodziła w czwarty rok strasznej, „niechcianej” wojny.

Słowa Lenina nie przechodziły bez echa. Wielkie demonstracje antywojenne wypełniły ulice Piotrogrodu, krwawo ścierając się z policją i wojskiem. Na froncie — agenci bolszewiccy wywodzący się z robotniczych środowisk masowo przenikali do armii. „Dlaczegóż mieliby prowadzić tę wojnę dla właścicieli ziemskich i fabrykantów?”. Oddziały rosyjskie przekraczały z butelkami wódki „ziemię niczyją”, by bratać się z Niemcami, co spotykało się z poparciem Niemieckiego Sztabu Generalnego, który jednak oficjalnie potępiał to ze względów taktycznych. Gdy rosyjski Rząd Tymczasowy usiłował przeprowadzić ofensywę przeciw Niemcom w lipcu 1917 roku, pułk po pułku buntował się i mordował swych oficerów. Armia znalazła się w stanie anarchii. Na front docierały wiadomości, że po wsiach chłopi rozdzielają pańską ziemię, i żołnierze- -chłopi porzucali broń, dezerterując setkami tysięcy.

Anarchia zapanowała w całej Rosji. Gawiedź czyniła zamieszki i plądrowała w Piotrogrodzie, odbyły się nieudane zamachy stanu. Wyglądało na to, że Rosja ma dwa rządy: Rząd Tymczasowy, którego Kieroński był premierem, oraz Sowiet Piotrogrodzki, i każdy z nich wydawał sprzeczne proklamacje. Reżim carski był słaby i nieudolny, lecz to, co się teraz działo, to był po prostu chaos. Mówiło się, że bolszewicy nie musieli wcale zdobywać władzy, wystarczyło, że po nią sięgnęli. A niezmienny werbel grzmiał: „Pokój! Pokój! Pokój!” Gdy Kieroński uciekł z Pałacu Zimowego a Lenin ogłosił przejęcie władzy, generał Duchonin, szef sztabu, odmówił uznania go. Jego właśni żołnierze, którym bolszewicy oznajmili, że ich dowódca jest odpowiedzialny za „przeciąganie wojny”, zbuntowali się, wywlekli go na ulicę, gdzie zatłukli go na śmierć. A parę dni wcześniej Lenin wydał „Dekret o Pokoju” (było to jedno z pierwszych jego posunięć jako głowy rządu), wzywający do pokoju opartego na zaniechaniu aneksji, roszczeń do odszkodowań oraz na samostanowieniu. Przy burzy oklasków na nowym Zjeździć Sowietów zapowiedział wysłanie ultimatum do Berlina. „Jeśli proletariat niemiecki zda sobie sprawę, że gotowi jesteśmy rozpatrzyć każdą ofertę pokoju – mówił — wówczas rewolucja wybuchnie w Niemczech…” Dekret przeszedł jednogłośnie. Cały Zjazd zerwał się w huku oklasków na równe nogi, a w nawałnicy okrzyków słychać było „Międzynarodówkę”. Ludzie obejmowali się nawzajem, łkając jak dzieci i mamrocząc z niedowierzaniem: „Koniec wojny, koniec wojny; nastał pokój”.

Winston Churchill powiedział kiedyś, że Niemcy przewieźli Lenina ze Szwajcarii do Rosji w zaplombowanym wagonie jak „utrapioną zarazę”. Przyświecał im cel zupełnie prosty. Walka na dwa/fronty wycieńczała ich, więc pragnęli, by Rosja wycofała się z wojny. Lenin, wbrew wściekłym oskarżeniom swych wrogów na prawicy (a i na lewicy czasami), nie był, rzecz jasna, niemieckim agentem. Przez pewien czas jego cele zbieżne były z celami Niemiec – i nic więcej. Po pierwsze, był święcie przekonany, że wzajemne zabijanie się rosyjskich i niemieckich żołnierzy, leżąc wyłącznie w interesie klas posiadających jednego czy drugiego kraju, jest złem i zbrodnią przeciwko historii. Po drugie, sprawa „pokoju” mogła pozyskać powszechne poparcie; mógł jej użyć do przejęcia władzy. Mniej skłonny do myślenia życzeniowego niż inni bolszewicy, Lenin wiedział doskonale, że jeśli Niemcy zaleją Rosję, to doli ludu rosyjskiego nie da się raczej poprawić; lecz sądząc, że wszystkie pozostałe kraje są równie bliskie załamania co Rosja, był głęboko przekonany, że wybuch światowej rewolucji proletariackiej jest kwestią najbliższych tygodni, a może nawet dni. Zarówno on, jak i inni bolszewicy tak dalece byli o tym przekonani, że stanowisko ministra spraw zagranicznych uważali za tymczasowe — bo już wkrótce znikną z map granice państwowe i bratni związek ogarnie cały świat.

Po pierwszej rundzie rozmów, odbytej na niższym szczeblu, Lenin wysłał swego „tymczasowego” ministra spraw zagranicznych, którym był sam wielki Lew Trocki, aby negocjować pokój z Niemcami na bazie bolszewickiej Deklaracji Pokoju. Ci, którzy swój obraz Trockiego opierają na przekazie Mary McCarthy, która uważała go za największego romantyka współczesności i esej o nim zakończyła „brawo, chłopie”, powinni zdawać sobie sprawę, że Trocki nie był wcale takim porządnym gościem. Był wprawdzie kulturalny, inteligentny i posiadał dar oratorski, lecz jego sposób bycia był szorstki i władczy, a przemawiać zwykł w sposób nadęty i z niepohamowaną furią. Gdy w styczniu 1918 roku spotkał się z Niemcami i Austriakami w Brześciu Litewskim, kwaterze głównej armii niemieckich na froncie wschodnim, po prostu zwymyślał ich, dając im szereg przykładów swej rewolucyjnej retoryki. Niemcy, a zwłaszcza generalicja, słuchali chłodno. Trocki przypomniał im, że zgodzili się negocjować w oparciu o zasadę nieaneksacji i samostanowienia. Generałowie byli niezwykle uprzejmi. Tak, honorujemy zasadę samostanowienia i uznajemy ją za sprawę najwyższej wagi, mówili, i gdy tylko nastanie pokój, dopilnujemy jej na wszystkich terytoriach okupowanych obecnie przez nasze wojska.

Cóż to ma znaczyć, „okupowane przez nasze wojska” złościł się Trocki. Przecież Niemcy zajmują tysiące kilometrów kwadratowych rosyjskiego terytorium! Muszą z niego ustąpić! Nie, nie, powiedzieli Niemcy grzecznie. My sami zadbamy o całe to samostanowienie. Nie musicie sobie tym wcale zawracać głowy. I przedstawili Trockiemu projekt traktatu, który usuwał spod kontroli bolszewików znaczną część dawnego Imperium Rosyjskiego. Był to ten sam rezultat, który osiąganą! w negocjacjach poprzednik Trockiego. Ale tym razem Trocki był na to przygotowany i postąpił w sposób tak dramatyczny, a zarazem tak rozsądny, jak nikt tego przed nim nie uczynił i być może już nigdy nie uczyni.

Trocki w obraźliwym wystąpieniu odrzucił warunki proponowane przez Niemców. Jego elokwencja była wspaniała. Niemcy słuchali go cierpliwie, myśląc, że jest to jego łabędzi śpiew. Tymczasem Trocki zakończył swe przemówienie oszałamiającym teatralnym gestem: ponieważ Rosja stanowczo odrzuciła niemieckie warunki, co mogłoby nasuwać myśl, że wojna trwa nadal, Trocki dokonał jednostronnej deklaracji pokojowej. Następnie wraz ze swoją delegacją wypadł jak burza z sali obrad i natychmiast powrócił do Piotrogrodu – gdzie przyjęto go z triumfem. Trocki wywiódł Niemców w pole! Z pogardą odrzucił ich wstrętne warunki, a mimo to przywiózł pokój!

Niektórzy tak łatwo poddają się ekscytacji, zetknąwszy się z ideami pełnymi egzaltacji, i taką grozą napawają ich ogniste wizje, które da się stworzyć przy pomocy języka, że mącą im się zmysły. Nie powiadam wcale, że w takim stanie znajduje się państwo sowieckie w ostatnich dekadach, lecz zimą roku 1918 niemało ludzi w piotrogrodzkich sowietach, które rządziły raczkującym państwem bolszewików, odpowiadało temu opisowi. Centralny Komitet Wykonawczy Zjazdu Sowietów przyjął Trockiego w stanie dzikiej euforii, jednomyślnie przegłosowując rezolucję aprobującą jego postępowanie w Brześciu Litewskim. Nawet Lenin, najostrożniejszy wśród liderów, głosował za. Przyznać trzeba, że podziw dla błyskotliwości Trockiego podzielano nawet w brzeskiej fortecy, wśród niemieckich i austriackich dyplomatów. Tak, ten Żyd to naprawdę mądry gość. Któż to słyszał o jednostronnych deklaracjach pokojowych? Pewien niemiecki uczony wyszperał, że coś takiego nie zdarzyło się od czasów wojen grecko-scytyjskich. Czy więc Niemcy były w stanie pokoju, czy też wojny?

Od lewej: Stalin, Lenin, Trocki

Podziwu dla Trockiego nie podzielał wszakże niemiecki Sztab Generalny. Od samego początku celem jego było wytrącenie Rosji z wojny. Uczeni wciąż jeszcze spierają się, ile niemieckich funduszy zasiliło sekretnymi kanałami rosyjski ruch pokojowy, ale wszystko wskazuje na to, że szły one w miliony, finansując obszerną antywojenną prasę, plakaty, ulotki. Gdy w Berlinie usłyszano pod koniec roku 1917 rosyjskie przygrywki pokojowe, Sztab Generalny uznał, że cel został osiągnięty i natychmiast zaczął wycofywać niemieckie dywizje ze wschodu i masowo przerzucać je na Front Zachodni — gdzie armie francuskie, brytyjskie i amerykańskie oczekiwały i teraz z zaciśniętymi zębami na ostateczny niemiecki szturm. Z perspektywy Berlina wyglądało, jak to dosadnie ujął jeden z dyplomatów, że Rosjanom pozostaje jedynie wybór „w jakim sosie ich się zje”, a retoryczne fajerwerki Trockiego skłaniały Niemców nie do złagodzenia, lecz do zaostrzenia swych warunków. Być może nieokrzesani i pozbawieni wyobraźni Niemcy byli wyjątkowo nie­czuli na dialektyczną błyskotliwość Trockiego. Zupełnie prozaicznie zapatrywali się na całą sytuację: Niemcy miały u swych stóp zdruzgotanego wroga, który dopiero co przyznał, że nie będzie się w stanie obronić. Armia niemiecka na wschodzie była osłabiona, lecz gotowa do walki. Jej generałowie nie przeczytali tylu książek co Trocki, albo może czytali inne książki, bo wraz z Tukidydesem rozumieli, że „Kiedykolwiek ludzie mogą panować, czynią to”. Przetelegrafowali do Piotrogrodu ultimatum: jeśli Rosjanie w ciągu 48 godzin nie przyjmą niemieckich warunków, tymczasowe zawieszenie broni dobiegnie końca.

W Piotrogrodzie wybuchła gorączkowa debata. Trocki grzmiał: nie można się na to zgodzić! Niemcy nie ośmielą się zaatakować! Gdyby się na to poważyli, niemieccy robotnicy powstaną i obalą swych panów! Nastąpi rewolucja! Lenin nie wierzył w to, a godzina mijała za godziną. Niemieccy generałowie nie czekali nawet, aż upłyną owe dwie doby: drugiego dnia o świcie armie w mundurach feldgrau ruszyły naprzód na wszystkich frontach. Panika zdjęła Piotrogród i Lenin zadepeszował, że przyjmuje niemieckie warunki.

Cóż, nie wydaje mi się jednak, żeby niemieccy generałowie byli takim tępymi brutalami. Mieli przecież swoiste poczucie humoru. Ów Żyd zakpił sobie z nich; ale teraz przyszła kolej na nich. Oddepeszowali, że nie zadawała ich telegraficzna zgoda: zażądali jej na piśmie. Lenin czym prędzej wysłał stosownie podpisany dokument, lecz dni mijały, odpowiedź z Brześcia nie nadchodziła – a tymczasem armia niemiecka posuwała się naprzód bez żadnego oporu. Wszystko działo się tak, jak to sobie Sztab Generalny wyobrażał: to co pozostało z rosyjskiej armii, to była jedynie nędzna, zdemoralizowana hałastra. Obiecano jej pokój. Powiedziano jej, że pokój nastał, że Niemcy są braćmi. Jedynymi ludźmi, których armia rosyjska była teraz zdolna zabijać, byli jej właśni oficerowie. Nie byłaby w stanie walczyć. Rosjanie poddawali się tysiącami, całymi batalionami, ba, nawet pułkami.

„Wojna staje się teraz całkiem zabawna”, pisał jeden z niemieckich generałów. „Wsadzasz do pociągu niewielki oddział uzbrojony w parę karabinów maszynowych, a następnie wysyłasz ich jakieś 25-30 kilometrów do następnej stacji, gdzie przyjmują oni kapitulację wszystkich Rosjan, którzy się tam znajdują. Potem z powrotem do pociągu: co stacja, to kapitulacja. Ma to w sobie czar nowości”. Gdzie indziej Rosjanie uciekali na łeb, na szyję, porzucając całą artylerię wraz z amunicją. Rozpraszali się marynarze w portach opuszczając swe okręty. A tymczasem armia niemiecka pochłaniała Rosję, Ukrainę, poczęła zbliżać się do Helsinek. W końcu Berlin przysłał do Piotrogrodu odpowiedź: postawił w niej nowe warunki. Były one drakońskie.

Trocki, znieważony, znów ciskał gromy: Musimy walczyć! Ale Lenin — choć poparty tylko przez nieznaczną większość — powstrzymał go. Jak mamy walczyć? Nie mamy armii. Nie mamy marynarki. „Czy możesz zaoferować mi cokolwiek oprócz pustej paplaniny i zamków na piasku?” – pytał. Niemcy zbliżali się już do Piotrogrodu. Ludność uciekała. Nawet gdyby rząd wycofał się za Ural, zapewniał Lenin, nie przetrwa trzech tygodni. Starzy towarzysze wymyślali mu, wywrzaskując „Zdrajca!” „Judasz!” „Niemiecki szpieg!” Lecz Lenin, niewzruszony, posłał nowego delegata do Brześcia, i tym razem delegat podpisał układ bez zwłoki.

Z dawnego Imperium Rosyjskiego wyłoniły się niezależne państwa pod niemieckim „protektoratem” – Finlandia, Estonia, Łotwa, Kurlandia, Litwa i Polska, a także Ukraina, będąca częścią Rosji od siedemnastego wieku. Niemcy rozparły się teraz od Arktyki po Kaukaz. Łącznie z podobnym traktatem podpisanym w Bukareszcie, układ brzeski gwarantował Niemcom liczne ekonomiczne koncesje w całej Rosji, dając im nieograniczony dostęp do jej zasobów surowcowych. Niemcy kontrolowali teraz szlaki wiodące do złóż naftowych Baku, do bawełnianych pól w centralnej Azji, do przełęczy górskich w Indiach. Rosja straciła też większość Białorusi i Zakaukazia, ponad połowę swego przemysłu, 75 procent kopalń węgla, 73 procent produkcji stali, 37 procent pól uprawnych i przynajmniej 44 procent swej ludności. Taki był właśnie rezultat traktatu zawartego w Brześciu Litewskim, a był to ulubiony traktat Hitlera, czemu trudno się dziwić.

O ile wiem, w ciągu sześciu lat życia, które mu pozostały, Lenin nigdy nie żałował owego ruchu pokojowego, który przywiódł Rosję tak nisko, że, w jego własnych słowach, omal nie „podpisał wyroku śmierci” na bolszewickie rządy. To, że doszedł do władzy, w dużej mierze zawdzięczał swej „platformie pokojowej”. Ale cała rzecz polegała na tym, by zdobyć władzę, ścierpieć klęskę o niepowtarzalnej goryczy, a mimo to uniknąć jeszcze gorszych konsekwencji, cudzymi rękami wyciągając kasztany z ognia. Nigdy się nie dowiemy, jak potoczyłyby się losy świata, gdyby Ludendorff zadowolił się triumfem Niemiec na wschodzie, który nie miał sobie równego od czasów średniowiecza, i, występując z pozycji siły, począł zmierzać do pokoju z Zachodem. Jednakże, jak wielu innych wybitnych strategów, był namiętnym graczem i dążył do pełnego zwycięstwa. Rzucił kości raz jeszcze – i przegrał. Nieprzypadkowo został pokonany przez mężów stanu, którzy nigdy nie uciekali się do trików z ruchami pokojowymi – Clemenceau (nie darmo zwanego „Tygrysem”) i Lloyda Georga, posiadających silną Yemichtungswille (wolę zniszczenia) skierowaną przeciw Niemcom.

Ale odszczepieniec-pacyfista Woodrow Wilson także odegrał swoją rolę i po wygranej wojnie był jednym z pierwszych, którzy nalegali na to, by Niemcy niezwłocznie wycofały swe oddziały z terytoriów zdobytych na wschodzie. Nie ma niczego takiego w marksistowskim kanonie historii, co zdołałoby wyjaśnić, dlaczego ten prezbiteriański moralista wyniesiony na prezydenta, którego wciąż dręczyło poczucie winy za sprzeniewierzanie się swym pacyfistycznym przekonaniom, miałby w swym poszukiwaniu lepszego świata nieustępliwie domagać się, by wilhelmińskie Niemcy zwróciły wszystkie swe nieprawe zdobycze na wschodzie, zwiększając przez to wydatnie szanse przetrwania pierwszego państwa komunistycznego. Lecz coś takiego się właśnie stało. A o rosyjskim ruchu pokojowym i o jego konsekwencji – układzie w Brześciu Litewskim – zapomniano, przynajmniej na Zachodzie, bo w Związku Sowieckim zawsze świetnie o nich pamiętano.

Gdy zbliżała się druga wojna światowa, zachodnie ruchy pokojowe znów, ma się rozumieć, rozkwitły we wszystkich swoich widowiskowych formach i odmianach. Ale spośród całych tysięcy znakomitości, które podpisały Zobowiązanie Oxfordzkie, obiecując nigdy nie chwycić za broń za Króla i Ojczyznę — kwakrów, pacyfistów, miłośników natury, wegetarian, nudystów, spirytystów (wg listy Orwella) – wybiorę tylko jedną, pewnego Francuza, Marcela Dćat. Będąc redaktorem jednego z paryskich dzienników, Deat napisał w końcu lat trzydziestych najczęściej wznawiany pamflet pacyfistyczny, pod tytułem „Umierać za Gdańsk?”, w którym z pasją dowodził, że nie tylko za Gdańsk, ale, zaprawdę, za żadne miejsce umierać nie warto. Cóż, możecie powiedzieć, że postawa to całkiem zrozumiała u pacyfisty czystej wody. Tylko że gdy Francja skapitulowała przed Niemcami w 1940, Deat stał się jednym z namiestników Hitlera, żelazną pięścią rządząc Francją dla nazistów. Czyż to nie interesujący rozwój duchowy, od pacyfizmu do faszyzmu? Ba, nie on jeden, lecz większość co znamienitszych pacyfistów francuskich tamtych czasów przeszła na stronę nazistów. Pod koniec wojny Deat rozpłynął się w powietrzu i dopiero po jego śmierci w 1955 roku ujawniono, że powrócił do swej chrześcijańskiej wiary i spędził ostatnie dziesięć lat życia w ukryciu w jednym z włoskich klasztorów. Nie mogło się to odbywać w tajemnicy przed Stolicą Apostolską. O ile więc Lenin z pewnością nie był niemieckim agentem, to jak to było z Marcelem Deat, o tym być może wiedział tylko jego spowiednik.

Innym wielkim pacyfistą tamtych czasów, którego z nadzwyczajnym wyczuciem mody przypomina nam teraz wielki epicki film, był Mahatma Gandhi. Nie był on przywódcą jakiegoś ruchu „antywojennego”. Indyjskie dążenie do uniezależnienia się od Imperium Brytyjskiego nie wymagało wojny, ani nawet nie stwarzało takiego zagrożenia. Żadne wielkie armie nie szykowały się do boju. Metoda, którą Gandhi wybrał do uzyskania niepodległości, polegała po prostu na nie użyciu siły (co, jak wielokrotnie podkreślano zadziałało w przypadku Wielkiej Brytanii, lecz na nic by się nie zdało wobec hitlerowskich Niemiec). Tak czy owak, Gandhi był zapamiętałym zwolennikiem ahintsy (czyli nieużywania przemocy), a wielka szkoda, że jego poglądy na kwestie europejskie, gdzie wielkie armie szykowały się jednak do boju, nie spotkały się z zainteresowaniem, na jakie zasługiwały. Na przykład jego rada dla europejskich Żydów, którzy stanowili kluczowy problem w moralnym grzęzawisku owego czasu, była wielce krzepiąca. Wedle niego Żydzi powinni popełnić zbiorowe samobójstwo. Dlaczego? Umysł mniejszej miary mógłby nie pojąć tego, lecz akt taki „wzburzyłby” światową opinię publiczną. Myślę, że zupełnie logicznym byłoby – gdy niemieckie dywizje pancerne torowały sobie drogę przez Belgię — by Gandhi, wciąż wyrzekając się przemocy, zgodnie ze swymi zasadami, doradzał Francuzom popełnienie zbiorowego samobójstwa, by w ten sposób wzburzyć opinię publiczną w Wielkiej Brytanii. A gdyby Hitler zdecydował się na inwazję Wielkiej Brytanii, powinien radzić to samo Brytyjczykom, by wzburzyć opinię publiczną w Ameryce. A gdyby Ameryka z kolei została zagrożona, powinien doradzać zbiorowe samobójstwo Amerykanom, aby wzburzyć opinię publiczną – tylko gdzie? Bo jeśli nawet Gandhi dalej posunął się w swoim myśleniu niż inni pacyfiści, to jednak nie posunął się do zupełnego końca (gdy się czyta list Gandhiego do Hitlera, próbujący nawrócić nazistowskiego wodza na ideę nonviolence, trudno własnym oczom uwierzyć). Co więcej, Gandhi nigdy nie żałował swej rady danej Żydom. Po wojnie, po Oświęcimiu, po „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”, gdy przypomniano mu tę radę, Gandhi odparł na to: cóż, tak czy inaczej umierali, czyż nie? Równie dobrze mogliby więc umrzeć znacząco. Chciałbym tedy przypomnieć zwolennikom Gandhiego, w tym także neofitom pozyskanym przez film o nim, że cokolwiek by się stało, zawsze pozostaje im możliwość znaczącego, kolektywnego samobójstwa-protestu, które z pewnością poruszy opinię publiczną Mikronezji, czy gdziekolwiek indziej, gdzie tylko znajduje się publiczność zdolna posiadać własną opinię.

Lecz ponieważ żyjemy pod groźbą nuklearnego koszmaru, wolałbym wierzyć, że nikt z owych dobrych Amerykanów, którzy ostatnimi czasy tak gorąco protestowali przeciwko nuklearnym zbrojeniom, nie jest nowym Marcelem Deat czy nawet Mahatmą Gandhim, lecz że wszyscy oni są poczciwymi kwakrami, karmiącymi matkami, Przyjaciółmi Ziemi, teologami wyzwolenia, zwolennikami energii słonecznej, zjadaczami naturalnego pożywienia, już nie wspominając o całej rzeszy szczerych miłośników życia.

Choć tysiące szlachetnych i znamienitych osób poczuwa się do podejmowania działań wobec nuklearnego zagrożenia, przyjrzę się bliżej tylko dwóm: Jill Clayburgh, aktorce, oraz Derekowi Bok, rektorowi Uniwersytetu Harwarda; pochodzą one z nieco odmiennych środowisk, lecz serca ich zdają się bić jednym rytmem. Clayburgh przedstawiła ostatnio swoje idee na publicznym zebraniu. Oświadczyła, że nigdy nie głosowała, nie czytała gazet, rzadko oglądała wiadomości w telewizji, ale tym, co skłoniło ją do zajęcia się sprawą pokoju, był jej własny „humanitaryzm”, oznajmiła, i zaserwowała swym słuchaczom kilka Wielkich Prawd o wojnie nuklearnej, wziętych z Jonathana Schella tudzież z karykaturzysty Julesa Feiffera, który zdaje się być nuklearnym strategiem o ustalonej renomie.

Derek Bok, przemawiając w czerwcu na zakończenie roku akademickiego, wywarł znacznie lepsze wrażenie. Nie narzekał, jak Clayburgh, że „nie ma na to wszystko czasu”. Nie odwoływał się do Julesa Feiffera jako do swej eminence grise. Nawet pomstował na slogany i demagogię. Najwięcej uwagi poświęcił jednak „misji” Harvardu, którą miałoby być „informowanie ludzi”, gdyż właśnie poinformowana opinia publiczna domagała się rozwiązania takich problemów, jak niewolnictwo, praca dzieci i segregacja w barach szybkiej obsługi. Rektor Bok zdawał się nie dostrzegać, że wszystko to w zasadzie były wewnętrzne problemy USA. Nie wskazał też, jaki efekt miałoby informowanie Amerykanów o kwestiach nuklearnych na obywateli i rządców naszego potencjalnego wroga – Związku Sowieckiego.

W ciągu tego samego weekendu, gdy Rektor Bok przemawiał na dziedzińcu Uniwersytetu Harvarda, a ponad pół miliona Amerykanów demonstrowało w Nowym Jorku na rzecz zamrożenia zbrojeń nuklearnych – w Rosji 11 członków liczącego sobie zaledwie tydzień niezależnego sowieckiego ruchu pokoju usiłowało zebrać się w prywatnym mieszkaniu w Moskwie. Sowieccy tajniacy nie wpuścili ich jednak do tego mieszkania. I chociaż prasa sowiecka zachłystywała się reportażami z ogromnej manifestacji w Nowym Jorku, członkowie tej niewielkiej grupki zostali aresztowani pod zarzutem „chuligaństwa”, zaś ich rzecznika zamknięto w szpitalu psychiatrycznym. Tak z grubsza wyglądałoby podsumowanie rozgrywek pomiędzy amerykańskim i sowieckim antynuklearnym ruchem pokojowym: pół miliona dzielnych Amerykanów, urządzających sobie wyborną zabawę w Nowym Jorku, oraz około tuzina smętnych Rosjan nękanych przez policję w Moskwie.

Andrej Sacharow napisał ostatnio list do odbywającej się pod egidą Pugwash konferencji „Nauka a problemy świata”, która – w przypływie niefrasobliwości dla tejże organizacji właściwej – postanowiła zorganizować swe doroczne spotkanie w Warszawie w sierpniu, w drugą rocznicę powstania Solidarności, akurat w sam raz, by poddać się inspirującemu działaniu gazów łzawiących Jaruzelskiego. Jakieś dziesięć czy trzynaście lat temu, pisał Sacharow, istniała przybliżona równowaga strategiczna pomiędzy Wschodem a Zachodem. Ale Związek Sowiecki wykorzystał odprężenie do przeprowadzenia „niezwykle gruntownej” rozbudowy swojego arsenału rakietowego, jak również swej armii, marynarki i sił powietrznych. „Rakiety SS-20 naruszyły strategiczną równowagę w Europie — ostrzegał – choć ci, którzy biorą udział w pacyfistycznych demonstracjach, zdają się tego nie dostrzegać”. Wielu spośród znanych postaci życia publicznego na Zachodzie, które głośno mówią o pokoju i rozbrojeniu, czyni tak z „naiwności”, „politycznej mody” albo „niedostatecznej znajomości rzeczy”, powiada Sacharow. Ich postawa jest nie tylko jednostronna, lecz „niebezpieczna”.

Bo, jak dobrze wie Sacharow i każdy inny Rosjanin, Żelazne Prawo Ruchów Pokojowych stanowi, że jeśli one wygrają — przegrywa naród, w którym te ruchy istnieją. Bo ruchy „pokojowe” nie przynoszą pokoju przynoszą klęskę. Przypuszczam, że przywódcy sowieccy wiedzieliby to nawet wówczas, gdyby nie mieli nigdy doświadczeń z pokojem w Brześciu Litewskim, ale mogę was zapewnić, że dobrze o tych doświadczeniach pamiętają. Jednostronna deklaracja pokojowa, czy jednostronne rozbrojenie nuklearne, czy rezygnacja z budowy systemu zwalczania pocisków balistycznych (ABM), z walki, z czynienia czegokolwiek, co wiązałoby się z gwałtem lub przemocą – wszystko to jest zapowiedzą kapitulacji. Byłoby rozkosznie, gdyby świat był inaczej urządzony – ale nie jest. Nie będę ukrywał, że stwarza to kłopotliwą sytuację: jeśli ktoś czuje, że jego rząd uparcie zmierza ku katastrofie, cóż powinien robić? Przypomniałbym mu przede wszystkim, że należy postępować z najwyższą rozwagą, bo ruchy pokojowe, podobnie jak wojny, nie tylko miewają straszliwe konsekwencje, ale, co gorsza, konsekwencje te bywają nieodwracalne.

Pewna pani redaktor jednej z głównych amerykańskich sieci telewizyjnych, opętana doszczętnie przez swe łapczywe pragnienie pokoju, powiedziała mi podczas ostatniego napadu nuklearnej grozy, że „nie miałaby nic przeciwko temu”, by Rosjanie zajęli Europę Zachodnią, czy nawet Amerykę, jeśli tylko (dodała roztropnie) nic złego jej nie zrobią. Zapytałem ją, co by zrobiła, gdyby Rosjanie jakimś zbiegiem okoliczności zrobili jej jednak coś złego. „Och”, odparła zuchowato, „Wówczas walczyłabym!” Tak, zapewne. Byłaby to jedna z najchlubniejszych bitew, jestem o tym przekonany.

Pomimo całej osobliwości tego przykładu nie powinieneś jednakowoż myśleć, drogi czytelniku, że wyobrażam sobie potężne sowieckie siły desantowe, lądujące w Westpoint czy Connecticut, gdy tymczasem zbuntowana amerykańska brygada, ogłupiała w ruderach New Canaan, gromadnie poddaje się najeźdźcy, a marynarze z Bazy Sił Powietrznych Floty w Anacostia szturmują Pentagon i wywlekłszy stamtąd generała Vessey’a pakują mu kulę w łeb, zaś nowy Komisarz do spraw Wojny, wielebny William Sloane Coffin, kapituluje przed wrogiem w krwią zalanej Tavem on the Green. Nie, następny konflikt, gdyby miał nastąpić, będzie zapewne wojną przez szach-mat, a jej wynik waży się właśnie teraz, w owych wahaniach „nuklearnej równowagi”. Jeśli nasz obecny ruch pokojowy przeważy, Rosjanie mogą pewnego dnia powiedzieć: „Szach!” I my wykonamy ruch. A wtedy oni ruszą się znów i powiedzą: „Szach – i mat”.

I my będziemy wiedzieć, że oni wygrali. I oni będą wiedzieć, że my wiemy. Gra będzie skończona.

Tłum. Marcin Bagienny


1  Artykuł Richarda Greniera został opublikowany w „The American Specatator” w marcu 1983 r. Następnie znalazł się w zbiorze „Between the Hammer and the Sickle – USSR and the World”; polskie wydanie – „Między sierpem i młotem – ZSRR i świat”, tłum. Marcin Bagienny, wyd. The Committee in Support of Solidarity, New York, N. Y. 10001 USA, 1985 r. „Echa Społeczne”kilkakrotnie próbowały nawiązać kontakt z wydawcą w sprawie praw autorskich – bez powodzenia. Publikujemy ten tekst w przekonaniu, że jego wartość jest ponadczasowa a wydawca nie miałby nic przeciwko jego publikacji na łamach „Ech Społecznych”, wypełniając tym samym obowiązujące obecnie w RP Prawo.

Dodaj komentarz