Patriotyzm kontra „patriotyzm”. Refleksje z obchodów Święta Niepodległości w Warszawie

Czy daliśmy za wygraną? Przyzwoliliśmy narodowym oszołomom, wspieranym przez władzę odbudowującą Katolickie Państwo Narodu Polskiego, wtargnąć do naszych domów, naszych rodzin, naszych biznesów, całej naszej prywatności?

Bogusław Stanisławski

Minęło już kilka dni od 11 listopada, dnia narodowego wzmożenia, a wciąż nie dało rady, żeby ogarnąć myśli i uporządkować refleksje po tym, co słyszałem i widziałem, po tym, co się wydarzyło i po kakofonii słów, jakie padały ze scen i oficjalnych trybun. Będzie więc chaotycznie, ale muszę to z siebie wyrzucić, bo ciąży, bo boli, bo napawa wstydem, bo wzbudza poczucie winy, że to może ja coś zaniedbałem, że to może moje pokolenie czegoś nie dostrzegło doprowadzając tym do skraju katastrofy.

Echa Społeczne - Marsz Niepodległości 2017
Marsz Niepodległości Warszawa, listopad 2017; fot. Katarzyna Kraszewska

Zaczęło się od rozmowy z grupą sympatycznych młodych ludzi po tym, jak wysiadłem z pociągu: chłopak niesie zwiniętą jeszcze flagę, dziewczyna niewprawnie zapala papierosa.
– Idziecie na manifestację?…Którą?
– Niepodległości.
– Dlaczego właśnie na tą?
Dziewczyna chichocze: – Podobno jest tam wesoło… i coś się dzieje… chłopcy robią dobre wrażenie…
Takich grup wokół „Centralnego” jest dziesiątki – jak nie setki. Są roześmiani, idą na spotkanie przygody.

Plac Zamkowy, manifestacja pod hasłem „Niepodległa, europejska”. Przemawia Bronisław Komorowski – mówi o radosnym święcie, o patriotycznych wartościach, o Europie, o zagrożeniach, z jakimi się zmagamy. Lider organizacji, która wciąż żyje mitem przywództwa „chodnikowej opozycji”, ma mniej do powiedzenia – nawiązuje do „solidarnościowej” spuścizny i swoim w niej chwalebnym udziale. Prawnicy mówią o Konstytucji sięgając do historii II RP i przestróg, jakie z niej wynikają. Świetne przemówienie wygłasza działaczka KOD wzywając do jedności wobec kurczącej się demokracji, narastającego autorytaryzmu, symptomów faszyzacji kraju. Uczestnicy zwołanego przez KOD radosnego świętowania – to może 1000 osób, wśród nich politycy – Petru, Kalisz, Trzaskowski: w roku ubiegłym było nas co najmniej trzydziestokrotnie więcej. No, ale splendor był: wzdłuż Podwala i we wszelkich możliwych zaułkach kilkadziesiąt policyjnych suk, które – „w razie czego” – mogłyby wchłonąć bez nadmiernego stłoczenia wszystkich demonstrantów. Niby radośnie, a tak jakoś strasznie smutno…

Marsz „Za Wolność Naszą i Waszą”; Warszawa, listopad 2017 r.; fot. Monika Nowak

Plac Politechniki – manifestacja antyfaszystowska pod hasłem „Za wolność naszą i waszą”: tłum nieco liczniejszy, szacowany później na około 3000 osób. Zważywszy liczbę organizacji i przeróżnych „inicjatyw” biorących w niej udział – to garstka. Są flagi narodowe i europejskie, czarne (Antifa) i tęczowe, są „Zieloni”, „Razem”, „Razem przeciw rasizmowi”, „Dom otwarty” (dla uchodźców!), „Pracownicza demokracja”, dużo „czarnych parasolek”, jest też KOD i OdNova – nieliczne grupy idące tak z dala od siebie, jak to tylko możliwe. Są robiący hałas bębniarze (kilka grup), animatorka poddaje antyfaszystowskie hasła. Marsz idzie pod Sejm, towarzyszą mu dziesiątki policyjnych suk. Ma być „razem”, a jest dość wyraźnie w podgrupach, ma być radośnie – są nawet jakieś śpiewanki, ale radośnie (tak, jak pamiętamy to z wielkich marszów KOD-owskich) nie jest! Coś się stało! Cos pękło!
Jest dłuższy „stop” na Placu Trzech Krzyży – nikt nie wie, po co; w zamierzeniu po to chyba, żeby nasze wykrzykiwane antyfaszystowskie hasła dotarły do przemieszczającego się (w domyśle) gdzieś nieopodal marszu narodowców. Złudne nadzieje. Nasze okrzyki – to tylko szept wobec tamtej, wielotysięcznej masy, która idzie jak burza, chronioną trasą, wzywając Boga i modląc się do Niego o zagładę dla nie-współplemieńców.

Narodowcy podczas Marszu Niepodległości; Warszawa, listopad 2017; fot. Katarzyna Karaszewska

O tym dowiadujemy się z włączonych smartfonów relacjonujących Marsz Niepodległości. Czytamy transparenty: „My chcemy Boga”, „Czysta krew”, „Biała siła – Ku Klux Klan”, „Śmierć wrogom ojczyzny!”, „Narodowy socjalizm”, „Modlimy się o holokaust dla islamu”. Jezus Maria! Oni się modlą o ZAGŁADĘ, o to, żeby ich Bóg sprawił, że fale morskie pochłoną miliony istnień ludzkich jak wtedy, kiedy Bóg Izraela zatopił jego egipskich prześladowców, wszystkich, co do nogi, z ich końmi i zbroją! Losów Izraela już nie pomnąc! I z nimi idzie ta dziewczyna, z którą rozmawiałem przed „Centralnym”, która dołączyła tam, „bo jest wesoło”, „bo coś się dzieje”. I ta Zosia ze świetnego reportażu w „Wyborczej” – „Nasz pierwszy raz na Marszu Niepodległości”, która tam się wybierała „trochę tak dla beki”, na złość rodzicom, zamożnym lekarzom, którzy głosują na „Nowoczesną” i chcą ją wysłać na medyczne studia we Francji, a ona nie chce, bo chce być w Polsce aktorką. I całe rodziny wzmożonych narodowo mieszczan, które są tam z dziećmi, żeby ich nauczyć patriotyzmu! Czy dołączają do okrzyków wznoszonych przez organizatorów tego tragicznego spektaklu: „Polska dla Polaków”, „Śmierć wrogom”, „Raz sierpem, raz młotem…”, „Cała Polska śpiewa z nami / wypier…. z uchodźcami”? Czy widzą, jak chłopcy, którzy „robią dobre wrażenie”, z biało-czerwonymi opaskami na ramionach ze świętym dla mnie symbolem Polski Walczącej, podnoszą w górę łapska w nazistowskim pozdrowieniu wykrzykując „Sieg heil”? Czy tego nie słyszą, czy też odnajdują się w ten sposób w narodowej wspólnocie czując moc, bo „ci chłopcy mają jaja – nie to, co Tusk”, bo stąd spływa na nich narodowa duma? Jezus Maria!

Smartfony pokazują dalej sceny, które bardziej jeszcze mrożą krew w żyłach. Garstka ludzi, w tym niezwykle dzielnych kobiet siedzących na jezdni naprzeciw nieprzebranego tłumu: to tylko oni, tak naprawdę, mówią swoje „non possumus”. Kobiety są lżone, opluwane, kopane, ciągnięte plecami po asfalcie. Stróży prawa w pobliżu nie ma, a niesforni osobnicy, korzystający ze swego niezbywalnego prawa obywatelskiego protestu zdani są na łaskę tłumu. Tysiące stróżów prawa i setki policyjnych suk są tam, gdzie garstka pokrzykujących „że się nie zgadzają” chce – wbrew wszystkiemu – obchodzić radosne święto. Policja jest tam tak na wszelki wypadek, żeby „w razie czego…”. Tu nie muszą. Tu są swojacy, a im wolno.

Policja pojawia się dopiero po dłuższej chwili od momentu, kiedy zaistniały „incydenty”. Nie po to, żeby bronić kopanych współobywateli: po to, żeby zatrzymać wichrzycieli, którzy zakłócają legalny marsz. Wrzucić „na dołek”, spisać, później postawić zarzuty. Nawiasem mówiąc – znam ten „dołek” na Wilczej, sprzed trzydziestu lat, „wykupywałem” stamtąd „młodocianych przestępców”, NZS-owską młodzież rozrzucającą ulotki. Jakież to figlarna historia zatacza koło…

Im wolno… Przyzwolenie zawarte jest w publicznym głosie „pierwszego posła RP”, którego wola stanowi prawo – bo tak wyszło… Prezes rządzącej partii oznajmia całemu światu, że Europa jest chora, a Polska jest wielkim krajem, Polacy – wielkim narodem, i że to ten naród uzdrowi chorą Europę. Ten proces uzdrawiania – to przecież wypisz wymaluj patriotycznie wzmożony warszawski Marsz Niepodległości: klocki lego co prawda dość szeroko rozrzucone, ale przecież kontury układanki widać jak na dłoni. Słowa prezesa nie tylko łechcą narodową dumę ale dają suwerenowi poczucie, że jest super-narodem, po latach dzielących nas od romantyzmu i retoryki narodowych wieszczów – znów Chrystusem narodów. I jakże się to wpisuje w przewodnie hasło warszawskiego marszu: „My chcemy Boga” – takiego, który „zniszczy wroga”, sprowadzi zagładę na tych, którzy czyhają na naszą „naszość”! A co z tym Bogiem, którego wyznają miliony chrześcijan (i nie tylko), w którego i ja pragnę wierzyć, który niesie uniwersalne przesłanie miłości i pojednania, którego znakiem rozpoznawczym jest „caritas”? Wyrzucony został na śmietnik, czy tylko schowany pod dywan, bo nie pasuje do obłędnej wizji mściwego, nie lubiącego świata poza własnym plemieniem, szaleńca?

Na reakcję Europy, którą władający Polską prezes chce uzdrowić mocą polskiego toksycznego nacjonalizmu, nie trzeba było długo czekać. Reakcję nie na słowa prezesa, bo te na żadną reakcję nie zasługują, poza domniemaniem uporczywej obsesji, bądź początków paranoi. Reakcję na to, co wydarzyło się w Warszawie nie tylko w
dniu polskiego Święta Niepodległości, również w dniu, który świat zachodni pamięta jako rocznicę zakończenia okrutnej Wielkiej Wojny. Europa postrzegła to wydarzenie jako najliczniejsze po „drugiej światowej” zgromadzenie pogrobowców faszyzmu o aspekcie międzynarodowym, bo z czynnym udziałem najbardziej znanych piewców faszystowskiej wizji świata – przedstawicieli m.in. włoskiej Forza Nova, węgierskiego Jobbiku, „Naszej Słowacji”. Jak wynika z doniesień medialnych, zaniepokojona Europa wstrzymała oddech ze zdziwienia, że mogło to się zdarzyć w stolicy kraju tak okrutnie dotkniętego skutkami niszczycielskiej faszystowskiej ekspansji.

Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że – w wielu europejskich stolicach – dla Polski, mojej Polski, do tak niedawna powszechnie cenionej za przezwyciężenie narodowych słabości, za „Solidarność”, bezkrwawy Okrągły Stół, za akty pojednania, za sukcesy w procesie ustrojowej transformacji, zapalają się kolejne czerwone światła. I jak tu żyć, we wstydzie, w upokorzeniu faktem, że przeciw sześćdziesięciu tysiącom idącym pod rasistowskimi, ksenofobicznymi hasłami z przesłaniem nienawiści wyszło tylko sześćdziesięciu śmiałków? Na to pytanie dał odpowiedź chyba tylko jeden człowiek, którego wśród nas już zabrakło, Piotr Szczęsny. Jakże dla niego szczęśliwie,
że nie był świadomy faktu, iż w żadnym leksykonie nie ma słów, które w pełni trafiałyby do wyobraźni adresatów jego tragicznego testamentu. To o tym jest właśnie dramatyczny miłoszowy poemat „Campo di Fiori”, uparcie przytaczany w tekstach i publicznych wypowiedziach Obywatela RP, Pawła Kasprzaka.

Apel kończący przesłanie Szarego Człowieka, „Obudźcie się!”, na pewno nie dotarł w kontekście wydarzeń w Dniu Niepodległości do konstytucyjnych władz Rzeczypospolitej. Najpierw minister odpowiedzialny za ład publiczny, urzeczony morzem narodowych flag i strzelających rac, wyraził swój zachwyt słowami „piękny widok!” – transparentów i haseł łamiących art. 13 Konstytucji nie zauważył, takie tam mało ważne imponderabilia. Co więcej, minister od policji niefrasobliwie zapomniał, że – w świetle wypracowanej przez jego resort, łamiącej Konstytucję, Ustawy o Zgromadzeniach – posiadanie przez uczestników manifestacji materiałów pirotechnicznych jest zakazane i podlega surowej penalizacji, nie mówiąc już o ich użyciu. Ten spektakl nienawiści pochwalił publicznie również minister od obrony. Zachwytu nad patriotyzmem polskiej młodzieży nie ukrywała też partyjna telewizja entuzjastycznie pokazując przez cały kolejny dzień rozświetlony patriotycznymi racami Stadion Narodowy. Odrobinę opamiętania przyszło dopiero dnia trzeciego, kiedy zreflektował się przywołany do porządku reakcją zagranicy Pierwszy Obywatel, Prezydent RP. Nie to znów, żeby Prezydent potępił marsz – byłoby to dla 45 procent polskiego elektoratu zbyt szokujące: Prezydent się zdystansował. Wygłosił kolejną formułkę, że w Polsce na rasizm i ksenofobię nie ma miejsca. To kolejne kłamstwo tej władzy, bo takie miejsce jest. Bez jej wyraźnego przyzwolenia do tej erupcji nienawiści rasowej, ani do eksponowania toksycznego nacjonalizmu, nie mogłoby dojść. Policja nie demonstrowałaby pokazu siły wokół świętujących inaczej, pozostawiając „patriotów” samym sobie, a prokurator zająłby się z urzędu długą listą przestępstw, jakich się dopuścili. Więc Prezydent nie usprawiedliwiał – naraziłby się tym na frontalną krytykę kolejnych 45 procent swoich wyborców. Prezydent tylko minimalizował. Wydarzenie, które do czerwoności rozgrzało – w tę czy inną stronę – polską debatę publiczną, które spowodowało ostrą reakcję światowych mediów, nazwał… incydentem. Jakaś grupa nieodpowiedzialnych ekstremistów… jakiś wybryk radykałów, których znaleźć można w całej Europie.

Tymczasem radykalni patrioci chodzą sobie bezkarnie po ulicach polskich miast, szyją kolejne flagi z faszystowskim znakiem Falangi i Krzyżem Celtyckim, które powiozą do częstochowskiego Sanktuarium, gdzie uczynni bracia Paulini pomogą im rozwiesić je na klasztornych murach. I na każdym kroku śmieją nam się w twarz jakby mówili: „I co nam zrobicie? Przyszedł w końcu nasz czas, bo teraz k… my!” A „robiący dobre wrażenie” chłopcy, których z aprobatą wspominała moja młoda, sympatyczna rozmówczyni, schludni, grzeczni, inteligentni, zaproszeni zostali do telewizji publicznej, gdzie przekonywali, że oni też są przeciw „etnicznemu rasizmowi” – oni tylko promują „rasowy separatyzm” i „homogeniczny solidaryzm”. Na transparentach było inaczej? Bo na manifestacji trzeba wyraziście, nawet jeśli jest w tym trochę przesady. A poza tym – cóż w tym złego, że w swojej retoryce przywołują naród, jego dumę, jego wielkość? To przecież patriotyzm, tego etniczni Polacy oczekują; przecież tak też mówią w Sejmie, słyszą to z ust polityków. Cieszą się, że wreszcie nie ma tej „pedagogiki wstydu”, tego ciągłego „przepraszam”. Walczyliśmy najdzielniej, a skrzywdzeni zostaliśmy najdotkliwiej: Żydzi uzyskali od Niemców wojenne reparacje, Francuzi dostali – a my co? Ale Polacy pokażą jeszcze Europie, co potrafią…

Siła, duma, wielkość, „naszość”, naród… Jakże to przyciąga prymitywną prostotą, zero-jedynkowością, bezrefleksyjnością przekazu… Jak zaczadza umysły, zatruwa wrażliwość młodych ludzi, dokonujących dopiero życiowych wyborów. A jeśli mi ktoś powie, że to, co zobaczyli na Marszu Niepodległości i co usłyszeli w jego konsekwencji w publicznych mediach, to jeszcze nie jest faszyzm, który bez oporu, z aprobatą politycznych decydentów,zagnieżdża się w polskiej debacie publicznej, to ja proszę o odpowiedź, co nim jest! I to jest właśnie ten grom z jasnego nieba, który powalił, przygniótł, wręcz sparaliżował: że to
przydarzyło się w moim kraju, w Polsce, tak okrutnie doświadczonej skutkami faszyzmu, stojącej teraz w obliczu zagrożenia jakąś kolejną katastrofą.
Piotr Sz. woła: „Obudźcie się! Jeszcze nie jest za późno!” A ja znów przywołam strofę Czesława Miłosza:

„… nie jesteś jednak tak bezwolny
a choćbyś był jak kamień polny
lawina bieg od tego zmienia
po jakich toczy się kamieniach…”
cytat z książki „Traktat moralny” Cz. Miłosza – przyp. red.

Więc można to jeszcze zatrzymać, katastrofie zapobiec! Tylko… do kogo dotrze ten apel Piotra, którego grom powalił i przygniótł śmiertelnie, czy ten apel poety, który wypełnia swoją misję i ostrzega przed najgorszym? Do ilu z tych, którzy słuchają, a wciąż nie słyszą, patrzą, a wciąż nie widzą? Do ilu z moich licznych znajomych, przyjaciół, sąsiadów, krewnych, którzy „bardzo nie lubią PiS-u”, czemu dają wyraz przy suto zastawionym biesiadnym stole szydząc z ministra czy Adriana, opowiadając dowcip o brzydkim prezesie wdrapującym się na drabinkę, wywołując tym oczekiwany rechot współbiesiadników? Ilu z nich dołączy do tej garstki śmiałków, świrów, „zakręconych”? Do tych, którzy słuchają i słyszą, patrzą i widzą, dla których Konstytucja, sądy i trybunały nie są wartościami abstrakcyjnymi, jakie prostego człowieka nie dotyczą, którzy cierpną widząc niesione pod osłoną ogłupionej policji hasła „czysta krew”, „biała rasa”, „śmierć wrogom ojczyzny”, bo są świadomi, że te słowa, to niewiele tylko trawestujące przesłania nienawiści, stygmatyzowanie wroga, plemienne podziały deklarowane jako program wielkiej narodowej odnowy przez rządzącego ponad prawem dyktatora. Wiedzą, że są one zapowiedzią przerodzenia się ich w czyn. Co bardziej dziarscy chłopcy już to zapowiadali: w przyszłym roku wrócimy tu z bronią, mamy już zgodę wojewody! Więc ilu dołączy, żeby było nas pół miliona? Bo tylu było tych śmiałków, świrów, „zakręconych”, którzy tworzyli Polskie Państwo Podziemne – fenomen na światową skalę – wiedząc przecież, że „wolność krzyżami się mierzy” i że „historia ten jeden ma błąd”; tylu było tych, którzy tworzyli polską „Solidarność”, Pierwszą Kadrową w marszu ku obaleniu wszechpotężnej, komunistycznej dyktatury. A to tylko nieco więcej niż jeden procent Polaków, tych, dla których dzisiaj „zaangażowanie się dla wolności” nie byłoby nawet mierzone krzyżami, a tylko rezygnacją z „…urządzania się w ciemnej dupie…” (cytuję niesfornego Kisiela) – z dopilnowywania kręcącego się biznesu, z szybkiej kariery w „korpo”, może na jakiś czas z rodzinnej harmonii, bo żonie nie w smak, bo dzieci, bo zaniedbany ogród, bo nie pojedziemy na wymarzony urlop. No, może jeszcze zimny prysznic z armatek wodnych (były w tym roku w odwodzie – widziałem, poznałem). Kiedy przyjdzie stanąć murem naprzeciw narodowych troglodytów (w stolicy musiałoby nas być co najmniej sto tysięcy), bez kostek brukowych w dłoniach – Boże uchowaj, a taką masą „siły bezsilnych” (to z Havla), taką jedyną siłą, która powala mury. A wie o tym przecież każdy, kto ma choć odrobinę historycznej wyobraźni.

Więc, czy nas jeszcze na to stać, czy też – wnioskując po garstce, która (jakże niespójnie) usiłowała radośnie świętować Dzień Niepodległości – daliśmy za wygraną, z góry przyzwoliliśmy narodowym oszołom, rodzimym faszystom wspieranym przez władzę odbudowującą Katolickie Państwo Narodu Polskiego, wtargnąć do naszych domów, naszych rodzin, naszych biznesów, całej naszej prywatności? Czy tak łatwo przyzwoliliśmy na odebranie sobie naszej obywatelskiej podmiotowości, naszego poczucia bezpieczeństwa i satysfakcji z przynależności do niepowtarzalnej europejskiej Wspólnoty Pokoju, Wspólnoty Wartości, Wspólnoty Losu wobec piętrzących się wyzwań?

To jest dla mnie pytanie fundamentalne – wręcz egzystencjalne – o to, czy życie może mieć jeszcze w ogóle sens, czy nie będzie dla mnie takim przekleństwem, jakie stało się dla Piotra Sz., dla którego było już warte jedynie poświęcenia za dotarcie do rodaków z dramatycznym apelem; „Obudźcie się!”? I jeszcze tylko jedno: „Arena idei”, debata w gdańskim Europejskim Centrum Solidarności na temat patriotyzmu – program oglądało ponad milion widzów. Ktoś to skomentował: „Himalaje mądrości”. Z ust prof. Łętowskiej, prof. Bralczyka, O. Bonieckiego otrzymaliśmy – dokonaną pięknym językiem, z najwyższą klasą kultury – wykładnię fundamentalnych wartości, tych niezbywalnych, za obronę których brak ceny. W kontrze do tej wykładni znalazło się stanowisko prezydenckiego doradcy, znanego socjologa, prof. Zybertowicza, który – jak mantrę – powtarzał tylko ujętą w trzech punktach definicję patriotyzmu, jak podkreślał – definicję minimum. Owe punkty, to w skrócie (przytaczam je z zawodnej pamięci): nadrzędność suwerennej niepodległości, uznanie Kościoła Katolickiego jako czynnika dominującego w kształtowaniu się polskich losów od zarania państwowości i (niedookreślone) nie odwracanie się tyłem do historii. Jezus Maria!

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.