Po co nam ta Unia. Na okoliczność 1 września

Kiedy opowiadam moim młodym przyjaciołom o fascynujących spotkaniach z młodzieżą, której – zaproszony przez nauczycieli historii – mam coś powiedzieć o Europie i o tym „po co nam ta Unia”, często słyszę: „musisz to napisać”. Warto dodać: moi przyjaciele, o których mowa, którzy namawiają mnie, „żebym napisał” – to w przeważającej mierze roczniki lat osiemdziesiątych, jak przez mgłę kojarzący „Solidarność”, najczęściej aktywni społecznie, działacze NGO-sów, a młodzież, której opowiadam o Europie, do wyobraźni której chcę trafić – to ostatnie klasy gimnazjum, licealiści, klasyczni „teenagers”.

Bogusław Stanisławski:

Czy mi się to udaje? Odnoszę wrażenie, że dla wielu z tych dzieciaków wchodzących dopiero w dorosłość jest to pierwsza okazja usłyszenia czegoś o wojnie, wokół której snuję zazwyczaj swoją europejską opowieść, bowiem to przecież jej okrucieństwa leżą u podstaw europejskiego projektu, który już z końcem wojny rodził się w głowach ówczesnych wielkich mężów stanu. Moi młodzi słuchacze znają z grubsza fakty, daty, najzdolniejsi wymieniają kilka wielkich bitew „drugiej światowej” – bez emocji, tak, jak się zna z nauk szkolnych twierdzenie Pitagorasa, nazwy kontynentów i europejskich stolic. A ten stary, siwy pan, którego kazano im dzisiaj posłuchać odwołując jakąś lekcję, opowiada im schrypłym głosem taką okrutną bajkę – jakby wyjętą ze zbiorów Grimma – o tym, co sam przeżył, co przeżywali ich dziadkowie, kojarząc to w dodatku z Unią Europejską, o której wiedzą tyle, co z awantury o jakiś Trybunał Konstytucyjny czy z anegdoty o prostowaniu ogórków. Zastanawiam się, czy nie jest to ten sam motyw, który sprawia, że moi przyjaciele, dzisiejsi trzydziestolatkowie, proszą mnie, żebym „to napisał”.

Więc zdecydowałem się i piszę, a do tej decyzji skłoniła mnie również data w kalendarzu, który codziennie otwieram: 1-szy września. Zawsze przeżywam ten dzień z głęboką nostalgią, bo nie jest on dla mnie tylko datą wybuchu wojny. Jest niezwykle ważny w mojej najbardziej osobistej biografii: tego dnia, przed bardzo już wielu laty, skończyło się moje pogodne, beztroskie dzieciństwo. Miałem wówczas dziewięć lat.

Fot. © European Union 2015 – Source: EP.

Tego dnia usłyszałem po raz pierwszy trzykrotne wycie syren. To był zapowiedziany przez radio sygnał: alarm lotniczy, wszyscy do schronów. Nasz był na podwórku – głęboki wykop przykryty arkuszem blachy. Popłoch, groza, płacz, lęk – to jest naprawdę wojna. Taki lęk odczułem po raz pierwszy, bo nie rozwiała go ciepła dłoń mamy na czole i jej spokojny głos: „nie bój się, synku, nic się nie dzieje”. Ona się też bała. I z tym lękiem trzeba już było żyć przez kolejne pięć lat – trzeba go było oswoić. Po chwili huk – to wybuch bomby. Trafiła w budynek dwa domy dalej – tam mieszkali nasi przyjaciele, do których rodzice chodzili często „na preferansa”, z ich synkiem, Jędrkiem układaliśmy wtedy zamki z klocków albo podjadaliśmy w kuchni świetne konfitury. Teraz dręczy pytanie: czy żyją? Takie dręczące pytania, o najbliższych, były przez kolejne lata na porządku dziennym.

A kilka dni później państwowy urząd, w którym pracowała mama, zarządził ewakuację pracowników. Na wschód – byle jak najdalej od frontu z nadzieją, że się cofnie, że to przecież minie, że życie wróci do normy. Nie wróciło. Tymczasem dwa ciężarowe samochody, przystosowane na prędce do przewozu ludzi, wiozły nas w nieznane, bo nikt tak naprawdę nie wiedział dokąd. Można było wziąć ze sobą jedną walizkę i torbę podróżną. Drogi zatłoczone, bo wszyscy gdzieś się przemieszczali szukając bezpieczeństwa, a wkrótce także szukając schronienia po wypędzeniu, bądź po opuszczeniu zgliszcz spalonych domów: nieprzerwany ciąg wyładowanych dobytkiem furmanek (samochody były rzadkością), idących pieszo ludzi dźwigających swoje tobołki. To jeden z obrazów wojny, jaki pozostał mi w trwałej pamięci. A nas, na jakiejś przewężce drogi, gdzie tłok był wyjątkowy, zaatakowały trzy Messerschmitty. Dokonały kilku okrążeń tuż nad naszymi głowami – wystarczył już przeraźliwy jazgot silników, żeby wzbudzić popłoch, ludzie uciekali w pole, ci co nie dawali rady, kładli się plackiem na szosie, gdzie kto mógł kryjąc głowy. Przy ostatnim okrążenia seria z działek pokładowych wymierzona w ten zdesperowany tłum. Kiedy już huk silników przebrzmiał, okazało się, że nie wszyscy się podnieśli: kilka ofiar konało w kałużach krwi. Ściągnięte z szosy, pozostawione na poboczu zwłoki stawały się coraz częściej fragmentem krajobrazu. A któregoś wieczora, na kwaterze w chłopskim gospodarstwie, widok, który pozostał mi w pamięci na zawsze: w oddali płonące całe miasto – była to Włodawa. Kiedy wiele lat później czytałem sienkiewiczowski „Quo vadis”, tak właśnie wyobrażałem sobie pożar Rzymu.

Okupacja – trzeba było się z nią zmierzyć. Mnie wypadło mierzyć się z tym okrutnym czasem w niewielkim miasteczku pod Radomiem, na skraju Puszczy Kozienickiej. Wojenny los rzucił mnie tam z mamą, ojciec wciąż pozostawał w Warszawie od pierwszych dni działając w podziemiu – wpadał do nas rzadko, chyłkiem, żeby pożegnać się przed kolejną misją, z której mógł nie wrócić. Wracał. Zginął już po wojnie, jako jedna z jej licznych, jakby spóźnionych, ofiar. Obowiązkowo chodziłem do siedmioklasowej szkoły powszechnej – offentlische polnische Volksschule. Przez wszystkie lata nauki było w niej pięć przedmiotów: religia, język polski, przyroda, arytmetyka, rysunki; okupant zdecydował, że tyle trzeba, aby przyszły niewolnik był w swojej pracy efektywny. W połowie okupacji miałem szczęście dołączyć do „tajnych kompletów” – nie każdy na nie trafiał, nie dla każdego znajdowało się miejsce. To była już dość głęboka konspira: pod podany w danym dniu adres przychodziliśmy pojedynczo (była nas piątka), z zeszytami „za pazuchą”, okna przesłonięte kotarą, przed domem zawsze ktoś z domowników na czatach. Podręczniki (stare, przedwojenne) pozostawały ukryte w domu, jeden, niezbędny do przeprowadzenia lekcji, wyciągany był ze skrytki, zwykle pod podłogą. Program obejmował wszystkie obowiązujące w gimnazjum przedmioty, ale w pamięci pozostały lekcje polskiego (literatury) i historii. Prowadził je nikomu w miasteczku nieznany – zjawiał się jakby spod ziemi – stary, siwy profesor, łacinnik (bo była również łacina), w wytartej marynarce, ale zawsze w muszce i srebrnych binoklach. Zwykle rozpoczynał lekcję od „wiadomości z frontu” – gdzie aktualnie walczą pancerni kawalerzyści gen. Maczka, gdzie II Korpus gen. Andersa – po czym przechodził do lekcyjnego meritum – snucia takiej cudownej w tamtych realiach bajki, w której przeplatały się postacie historycznych bohaterów z bohaterami wielkiej, polskiej literatury. Słuchaliśmy tych opowieści w nabożnym skupieniu i nie jeden raz łza się w oku kręciła chłopakom, którzy na co dzień o niczym innym nie marzyli, jak o tym, żeby w kieszeni mieć „gnata” – polskiego Visa czy radzieckie TT – po to, żeby zabijać. Niemców. Tych w znienawidzonych mundurach „feldgrau”. Sprawców naszego upokorzenia. Naszej nieznośnej biedy. Naszego nieustannego lęku przed tym niewiadomym, co stać się może dziś, jutro. Sprawców tego okrucieństwa, jakiego jesteśmy świadkami.

Pozostają w pamięci sceny niezatarte przez całe, długie życie. Ot, choćby ta: idę z kolegą główną ulicą tego naszego miasteczka. Po chodniku – jezdnia wybrukowana „kocimi łbami”, po jej drugiej stronie, zamiast chodnika – piaszczysta droga dla furmanek. Naprzeciwko nas człapie nią żydowskie dziecko, chłopak znacznie od nas młodszy, w za obszernej marynarce (chyba ojca – jest chłodny dzień), w cyklistówce, z gwiazdą Dawida na ramieniu. Jemu nie wolno jest iść chodnikiem. Za nim nadjeżdża konno – zapewne wraca ze spaceru – oficer SS, dorodny, wyprostowany, jakby wyjęty z żurnala. Dziecko go nie widzi, nie wie, że stoi mu na drodze, skąd więc może ustąpić? SS-manowi to przeszkadza, musi zejść z kłusa: grymas na twarzy, sięgnięcie do kabury, strzał. Celnie – w tył głowy. Daje łydką znak konikowi, że droga wolna, znów kłus. Chłopiec leży w kałuży krwi, drga, wkrótce sztywnieje. Zbrodniarze nie lubią świadków: SS-man odwraca się w naszą stronę i wrzeszczy „Raus!” A teraz inna. Sobotni jarmark, targowisko, na którym można kupić jarzyny, czasem udaje się również kawałek „rąbanki” – to takie byle jak poćwiartowane mięso z nielegalnego uboju, a transakcja zawsze ryzykowna, bo grozi za nią wywózka do Niemiec „na roboty”; ale trzeba jakoś przeżyć, wystanego w wielogodzinnej kolejce mięsa „na kartki” starcza na dwa obiady w miesiącu. Czasem wpada na ten jarmark patrol Wehrmachtu: a to przewrócą jakiś stragan, jak im się właściciel nie podoba, a to kogoś zrewidują – budzą strach, ale w sumie nie są groźni. Tym razem było inaczej. Podjechały dwie wojskowe „budy”, wysypało się z nich komando SS. Automaty na piersiach w pozycji „do strzału”. Szczelnym kręgiem otaczają targowisko i wszystkim każą gdzieś iść. Ludzie gnani są wzdłuż dwóch ulic, do pobliskiego młyna. Wokół młyna jest łąka, tam stajemy – przed nami dziwna konstrukcja, wkrótce okaże się, że jest to szubienica. Nadjeżdżają kolejne „budy”, z jednej z nich żandarmi wyprowadzają pięciu mężczyzn – ręce związane „do tyłu”, usta zaklejone taśmą. W jednym z nich rozpoznaję chłopaka z mojej ulicy, jakby sąsiada – może pięć, sześć lat starszy ode mnie. „Techniczne przygotowania do operacji” przebiegają błyskawicznie – to profesjonaliści. Autem nadjeżdża ktoś wyższej rangi, odczytuje wyrok, z czego wyłowić można tylko jedno słowo: Banditen. Wkrótce na wietrze bezwładnie dynda pięć ciał. Żandarmi odjeżdżają – koniec spektaklu. Byliśmy widownią, która miała na to patrzeć – dla przestrogi, dla wzbudzenia paraliżującego lęku. Okazało się, że byli to chłopcy z oddziału „Longina” „chodzącego” po Puszczy Kozienickiej, o którym słyszało każde dziecko.

Czy tym lękiem żyliśmy w każdej minucie tej strasznej wojny, która w Polsce wyrażała się okupacją? I tak i nie. On gdzieś tkwił w trzewiach, ale na co dzień był jakby schowany, oswojony. Pół miliona Polaków oswoiło go bardziej niż inni angażując się w struktury Państwa Podziemnego (to był fenomen na skalę Europy), trwała nieustępliwa walka, były chwile radości, kiedy „gazetki” (podziemna bibuła) donosiły o niemieckich klęskach, sukcesach aliantów, dokonaniach polskiej partyzantki. Przeciętny mieszkaniec Generalnej Guberni walczył przede wszystkim o przetrwanie: żeby nie wejść „w łapankę”, gdzie ni stąd ni z owąd zgarniano ludzi i wywożono, jak niewolników, do pracy w Niemczech, żeby zdobyć minimum środków na niezbędne potrzeby, bo bieda była potężna. W moim rówieśniczym środowisku byliśmy tacy „mali dorośli”: jeszcze w końcu dzieciaki, ale już doprawdy czujący brzemię odpowiedzialności. Temat, jak pomóc tym naszym zatroskanym mamom, był na porządku dziennym – rodzin bez ojców było wiele, jedni gdzieś walczyli, inni w obozach (aresztowania pod byle pretekstem były zjawiskiem codziennym), jeszcze inni zaginęli gdzieś w zawierusze wojennej. Ja przez dwa lata hodowałem jedwabniki, z jednym z kolegów ze sporym sukcesem „produkowałem” mydło, próbowaliśmy nawet „pędzić” bimber z ziemniaków. Pod koniec okupacji, jako czternastolatek, pracowałem w smolarni: poza niewielką zapłatą dawało to „dobre papiery” na wypadek łapanki.

STROTHOFF – Former Natzweiler concentration camp in Alsace. (Fot. © European Union 2015 – Source: EP.)

A ponad wszelkie okoliczności byliśmy w końcu w tym wieku, kiedy dostrzegasz, że obok ciebie stoi dziewczyna i że ma pięknie upleciony warkocz, a inna – wpiętą we włosy błękitną kokardę. Były więc i „potańcówki” – tak to się wtedy nazywało: stary patefon na korbę i na szpilki, stare, zgrane, przedwojenne płyty firmy „Odeon”. Odkrywaliśmy rytmy tanga i walca (dziewczyny zawsze były w tym lepsze), no – i po raz pierwszy w życiu bliskość „tej z warkoczem”. Jednak i tu było pewne ryzyko: muzyka musiała być przyciszona, przy zamkniętych oknach, żeby nie zwrócić uwagi przechodzącego patrolu żandarmów, bo gromadzić można się było nie więcej, jak w pięć osób, a większa grupa młodzieży w jednym miejscu – to już był pretekst do represji. O wieczornych spacerach w upalne lato można było tylko pomarzyć – obowiązywała godzina policyjna.

Była później jeszcze próba dołączenia do oddziału „Longina”, który szedł do Kampinosu, na odsiecz Warszawie – przy pierwszej potyczce masakra, znów krew, śmierć, ranni. Później krótka przygoda w tzw. małej dywersji. Ale to już nieco inna bajka.

Wszystko to brzmi w końcu dość banalnie – ot, taka wojenna codzienność widziana oczami dziecka, trochę przedwcześnie zapędzająca w dorosłość, trochę głębiej niż w czasach normalnych rzeźbiąca osobowość i ustalająca hierarchię wartości. Gdzie tu szukać przełożenia na śmiały, powojenny projekt innej niż dotychczas Europy, na dzisiejszą Unię Europejską z jej fundamentalnymi wartościami? A jednak… Niewyobrażalny dramat Holokaustu, dymiących kominów krematoriów, sowieckich łagrów, śmierci ponad 60 milionów istot ludzkich podczas „drugiej światowej”, opisany został w tysiącach tomów historycznych analiz. A to taki mikroskopijny pendant – jak ziarnko piasku w relacji do pustyni – pokazujący, jak ideologia „narodowego wzmożenia” przekładać się może na losy szarego człowieka, jakie sieje spustoszenie, jak odczłowiecza istotę ludzką, jak likwiduje przestrzeń wolności. I wciąż myślę, że to może trafiać do wyobraźni młodych ludzi kiedy mówimy o tym, na jakich wartościach Jean Monnet, Robert Schuman i inni mężowie stanu owych czasów – wielcy na miarę herosów – zaproponowali budowę powojennej Europy po to, żeby to się już nigdy nie powtórzyło. Wizjonerska myśl trwałego pojednania śmiertelnych wrogów, położenia kresu odradzaniu się toksycznych nacjonalizmów w atmosferze powojennej nienawiści tak po stronie zwycięzców, jak zwyciężonych, wydawała się mrzonką. Wciąż jeszcze świeże wydawały się mogiły miliona ofiar z nad Sommy, kolejnego z pod Verdun, nie mówiąc o milionach poległych w tej wojnie, tak Niemców, jak Francuzów, Włochów, nie mówiąc o wygnańcach, nie mówiąc o bezmiarze cierpień, wyrządzonych sobie krzywdach. A jednak się udało, bo wizja „powtórki” przerażała jeszcze bardziej, bo propozycja wspólnej Europy była przede wszystkim propozycją wspólnoty pokoju. Krok po kroku, poprzez wspólne budowanie – zaczęło się od śmiałej próby połączenia potencjału węgla i stali, poprzez wtopienie się we wspólnotę interesów gospodarczych; czerpiąc ze skarbnicy Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka i Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności – żeby nigdy więcej naród przeciw narodowi, Człowiek przeciw Człowiekowi. Dwaj Wielcy – Charles de Gaulle i Konrad Adenauer – podali sobie ręce (a kiedy tylko historia na to pozwoliła – uczynili to Tadeusz Mazowiecki i Helmut Kohl). I dokonało się coś, co nie mieściło się w wyobraźni: nastąpiło pojednanie – żeby nigdy więcej żaden naród nie został pozbawiony wolności dokonywania własnych wyborów, żeby nigdy więcej przemoc, żeby poszanowanie godności istoty ludzkiej stało się oczywistością. I tak wyłoniła się kolejna wspólnota – wspólnota wartości, której wyrazem jest Unia Europejska. Ta budowla wznoszona była uparcie, nieustępliwie, przez pół wieku, aż zwieńczona została w Nicei dumną deklaracją, czemu i komu w swojej najgłębszej istocie ma służyć: Kartą Praw Podstawowych Unii Europejskiej.

Godność. Wolność. Równość. Solidarność. Prawa Obywatelskie. Niezawisłe sądy. Łaskawy los pozwolił w końcu i nam, Polakom, do tej niezwykłej wspólnoty wartości dołączyć. Myślę, że nie ma dzisiaj większego przejawu patriotyzmu jak ten, żeby tej wspólnoty bronić do ostatniego tchu.

Żeby nigdy więcej…

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.