Jak daleko świat zajdzie w „Trumpkach”

Felieton, Polityka
Dominik Stajnbart:

Wielki wyścig do Białego Domu dobiegł końca. Zwycięzcą na placu boju, niespodziewanie, został Donald Trump. Jego sukces jest tym bardziej znaczny, że swoją kampanię prowadził mając przeciwko sobie niemal cały cywilizowany świat. Jaki będzie 45 prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki? Jakie konsekwencje ta prezydentura będzie miała dla układu sił na świecie oraz naszego kraju? To pokaże czas, jednak, wbrew obiegowemu przekonaniu, ten niespodziewany wynik niesie ze sobą spore szanse zarówno dla świata jak i też dla nas.

Echa Społeczne - Trump, prezydent, USA

Na wstępie, żeby podkreślić zawiłość procesów politycznych, jakie zachodzą w USA, należy powiedzieć, że Donald Trump, choć został wybrany na urząd prezydenta, nie jest wcale zwycięzcą wyborów. Podobne sytuacje miały już w przeszłości miejsce, poczynając od Johna Q. Adamsa, na George’u W. Bush’u kończąc (łącznie 4 przypadki), a wynikają one ze sposobu w jaki Amerykanie wybierają swoją głowę państwa. Nie wdając się w szczegóły, Prezydenta USA wybiera nie społeczeństwo, lecz kolegium elektorskie, w którym każdy z powołanych powinien oddać swój głos zgodnie z wolą większości w swoim stanie. Nie ma tu znaczenia czy dany kandydat wygrał różnicą jednego głosu czy pokonał przeciwnika w sposób miażdżący. Teoretycznie, istnieje możliwość, że elektorzy wyłamią się i zagłosują zgodnie z własnym sumieniem (i takie przypadki znamy z przeszłości), jednak proceder ten musiałby zajść w sposób masowy i stanowiłby rażące naruszenie zwyczaju konstytucyjnego.

Wspomniana złożoność, jest zarazem jednym z pierwszych wyzwań prezydenta elekta. Uważany, nawet w swojej macierzystej partii, za outsidera Trump będzie musiał rozważnie skonstruować swój gabinet, tak by za cztery kolejne lata nie zostać ogłoszony najgorszym prezydentem USA w historii. Co to oznacza? Na pewno rezygnację z części najbardziej skrajnych postulatów, zwłaszcza tych dotyczących mniejszości, jak choćby budowa muru na granicy z Meksykiem. Pewnikiem jest, że nowa administracja zaostrzy politykę migracyjną i uszczelni system wyłapywania osób, przebywających w Stanach nielegalnie, jednak jednocześnie będzie musiała zrobić krok w kierunku tych, którzy mają zgodę na pobyt. Oznaczać to będzie dalsze ocieplanie stosunków w Kubą, a także rewizję polityki wizowej dla niektórych krajów, w tym Polski. Jest to tym bardziej prawdopodobne, z uwagi na to, że amerykańska Polonia, w zdecydowanej większości, zagłosowała za Trumpem lub przeciw Hilary Clinton.

Jeśli już mowa o krajach będących wcześniej po drugiej stronie żelaznej kurtyny nie sposób w tym miejscu nie poruszyć stosunków na linii Washington – Moskwa. Już w trakcie kampanii wyborczej, wówczas kandydat, a dziś prezydent elekt, nie szczędził słów i gestów w stronę Władimira Putina, co zostało odczytane przez wielu komentatorów, jako zapowiedź ocieplenia relacji i zacieśnienia współpracy. Czy to dobre w kontekście rosyjskich aspiracji odbudowy radzieckiej strefy wpływów?

Patrząc globalnie

Świat w dzisiejszych czasach ma kilka punktów zapalnych, których opanowane jest kluczowe dla globalnego pokoju, i w których skoordynowana współpraca może znacząco przyspieszyć ten proces. Tak jest dziś w Iraku i Syrii, gdzie walczących stron jest tyle, że sojusze zmieniają się dynamicznie, w zależności od sytuacji. Taki stan rzeczy i dotychczasowa poprawność polityczna administracji Obamy, są odpowiedzialne zarówno za skalę fali migracji zalewającej Europę, jak i katastrofalną sytuację syryjskiej ludności cywilnej, zwłaszcza kurdyjskiej mniejszości. Koordynacja działań międzynarodowej koalicji z działaniami, wspieranego militarnie przez Rosję Assada, jest dziś jedyną szansą na skrócenie i opanowanie konfliktu, a także stabilizację całego regionu. Pozwoli to też na zwiększenie nacisku na Erdogana, który wprowadzając sukcesywnie w Turcji kalifat, za punkt honoru przyjął wycięcie w pień kurdyjskiej mniejszości.

Lokalnie

Z perspektywy Europy Środkowo-Wschodniej, ocieplenie stosunków USA-Rosja, nie niesie za sobą jedynie zagrożeń, które to nasza obecna, rusofobiczna władza, tak uparcie podkreśla. Oczywistym jest, że ten proces osłabi międzynarodowe znaczenie rozdmuchanego konfliktu na Ukrainie, zmuszając rządzących nią nacjonalistów (nie oszukujmy się, że tak w praktyce nie jest) do podjęcia rozmów z prorosyjskimi separatystami. Ci drudzy, znając pragmatyzm Putina, również zostaną skłonieni do rozmów, choćby poprzez przykręcenie kurka ze sprzętem wojskowym tak dziś szeroko płynącym z terytorium Rosji. Krym, cóż, on najprawdopodobniej zostanie już rosyjski, gdyż takim był od czasu upadku Chanatu Krymskiego i wojny rosyjsko-tureckiej (koniec XVIII w.). Chruszczow, będąc Ukraińcem, sprezentował te tereny swoim rodakom w 1954 roku, co przez kolejne niespełna 40 lat, póki trwał Związek Radziecki, nie miało większego geopolitycznego znaczenia. Po jego upadku, wraz z rosnącym trendem prozachodnim na wschodzie Ukrainy, Rosja, zabezpieczając swoje interesy, postanowiła upomnieć się o swoje. Tak też pewnie zostanie.

Rosyjska strefa wpływów

Osobną kwestią jest polityka odbudowy radzieckiej strefy wpływów, realizowana konsekwentnie przez Władimira Putina. Widać ją na Ukrainie, w Syrii, a także krajach nadbałtyckich, w których coraz głośniej o swoje dopomina się mniejszość rosyjska. Czy Trumpowi uda się przyhamować ten efekt? I jak to się ma do jego zapowiedzi dotyczących rewizji polityki obronnej, włączając w to zakres obecności USA w NATO? W tym obszarze pojawia się najwięcej wątpliwości. Zapowiedzi Trumpa o egzekwowaniu zobowiązań członków NATO wobec paktu (minimum 2% PKB na obronę) wydają się nie być jedynie pustym grożeniem palcem. Prezydent elekt, chcąc wypełnić swoje obietnice wyborcze, będzie musiał znaleźć oszczędności. Ograniczenie wydatków na zbrojenia wydaje się, z punktu widzenia skuteczności jak i PR, najrozsądniejszym rozwiązaniem. Nie może jednak odbywać się ono kosztem zmniejszenia militarnego potencjału USA, który stanowi nieodłączny element polityki nacisku w sprawach międzynarodowych. Stąd należy oczekiwać konkretnych ruchów głównie w Europie. Oczywiście będą one skorelowane z polityką poprawy relacji z Rosją i tym czynnikiem warunkowane będą poszczególne posunięcia. Można śmiało założyć, że będzie odbywało się to na zasadzie wzajemnego barteru mocarstw, ustępujących pola drugiej stronie, w konkretnych miejscach światowej szachownicy. Naturalnym byłoby zwiększenie obecności wojsk USA w Europie Wschodniej i krajach nadbałtyckich kosztem Bliskiego Wschodu lub odwrotnie. Bardziej skłaniałbym się za tym pierwszym scenariuszem, za którym przemawia kilka istotnych faktów.

Po pierwsze, ostatnie wydarzenia na bliskim wschodzie wyraźnie wskazują na zwiększenie zainteresowania Rosji tym rejonem, która musi zrównoważyć rosnące wpływy islamskiej Turcji Erdogana, czy, odbudowującego pozycję mocnego regionalnego gracza, Iranu. Po drugie, odpuszczenie, przy zmniejszonym zagrożeniu ze strony USA, pola w Europie Środkowo-Wschodniej może dodatkowo, wewnętrznie, osłabić zarówno sojusz jak i Unię Europejską. Naturalnym krokiem wydaje się bowiem przesunięcie amerykańskich baz na wschód, z Niemiec do Polski, która wraz z Estonią jako jedyne w tej części Europy wypełniają swoje zobowiązania wobec  NATO. Stanowić to będzie podwójny cios dla Niemiec, które z obecności wojsk amerykańskich zrobiły sobie nieźle prosperujący biznes. Utrata takiego gwaranta bezpieczeństwa wymusiłaby, na gabinecie Merkel, rewizję wydatków i niewątpliwie odbiłaby się w niemieckim systemie zabezpieczeń socjalnych. Z drugiej strony wzmocniłaby pozycję Polski, rządzonej przez antyeuropejski, narodowo-socjalistyczny rząd, osłabiający swoją polityką europejską integrację. W połączeniu z nacjonalistycznymi tendencjami Wielkiej Brytanii i Francji, czy Węgier, stworzyłoby potężną siłę odśrodkową, osłabiającą integralność. Rosja zaś nie straciłaby zbyt wiele, wszak rozmieszczone w Obwodzie Kaliningradzkim rakiety typu Iskander, które stosunkowo szybko można przezbroić w taktyczne ładunki atomowe, nadal pełnić będzie rolę straszaka dla śmielszych poczynań sojuszu.

Polska

Na zakończenie, pozostając już przy Polsce, wybór Trumpa na 45 prezydenta USA niesie za sobą pewien efekt uboczny, który doprowadzić może do normalizacji stosunków w regionie. Obecna władza, pałająca niepohamowaną miłością do wielkiego brata zza oceanu, może zostać zmuszona do pragmatycznego spojrzenia na stosunki z Rosją. Zmiana polskiej polityki względem USA w tej sprawie, wobec niechęci ze strony państw starej Unii, byłaby nielogiczna i pozbawiałaby polski rząd sporego źródła ewentualnych (pozornych) międzynarodowych sukcesów, których także będzie potrzebować by utrzymać się przy władzy. Pewne oznaki, że i Rosja poważnie bierze pod uwagę taki scenariusz, mogliśmy zaobserwować już wczoraj po deklaracji Putina, iż odbudowanie dialogu politycznego z Polską jest możliwe na podstawie wzajemnego szacunku i pragmatyzmu. Wzmocnienie tej deklaracji stwierdzeniem, że Rosja zrobi wszystko, żeby osiągnąć ten cel, wskazuje że karty w globalnej rozgrywce zostały dość szybko rozdane.

Jak daleko świat zajdzie w Trumpkach, zobaczymy. Wszystko zależy od tego jak zachowa się sam zainteresowany. Sądząc po jego pozycji w USA przed wyborami, o urząd starał się nie dla pieniędzy czy władzy (te już ma), lecz dla sławy, a to rokuje na przyszłość.

Dodaj komentarz