Art. 7 Traktatu o UE, czyli „straszna” Unia czyhająca na suwerenność Wielkiego Narodu

Demokracja, Felieton

Tymczasem państwo, które ma pełną gębę suwerenności, suwerenność tą osłabia ukazując swoją szpetną twarz toksycznego nacjonalisty, antagonizując wspólnotowych partnerów, odmawiając wspólnotowej solidarności, odmawiając kompromisów, samo sprowadzając do zera wagę swego głosu w nieustannych unijnych negocjacjach. Trzeba być ślepcem, żeby nie postrzegać, iż jest to prosta droga do pogarszania się komfortu życia i dobrobytu polskiej wspólnoty.

Bogusław Stanisławski

Kolejny dzień wstydu – piekącego, bolesnego do szczytu wytrzymałości, z którym trudno się uporać. A było to przecież do przewidzenia, bo zastosowanie wobec państwa polskiego art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej stawało się nieuchronnością, jeśli wartości europejskie mają cokolwiek znaczyć, jeśli fundament europejskiego konceptu – jedność w różnorodności – ma pozostać nienaruszony i służyć dalszej konsolidacji Wspólnoty Wolnych Narodów –
Wspólnoty Pokoju. Ta jedność – to fundamentalne zasady ustrojowe, demokratyczne rządy prawa. To nie złośliwy Frank Timmermans, ani nawet J-C Juncker, ani nawet cała Komisja Europejska, która się na Polskę Jarosława Kaczyńskiego zawzięła. To presja państw tworzących tą Niepowtarzalną Wspólnotę i ich obywateli. To reakcja na „wyraźne ryzyko poważnego naruszania wartości europejskich” przez jedno z państw członkowskich, które
doprowadzić może do zarysowania się fundamentu europejskiego konceptu – reakcja w lęku przed załamaniem się powszechnie akceptowanego europejskiego ładu, przed trucizną, która będzie go od wewnątrz wyniszczać.

Echa Społeczne - ręce, wspólnota, unia, razem
żródło: Pixabay

Nie trzeba nawet mozolnie doszukiwać się tej trucizny w „stanowieniu prawa” przez sprawujących władzę w Rzeczypospolitej: ona mieści się w oficjalnej narracji prezentującej wizję postrzeganej przez nich rzeczywistości. To „chora Europa” i dziejowa misja postawionego ponad prawem Wielkiego Narodu, aby ją uzdrowić. To przecież obłędny „pomysł na Polskę” Jarosława Kaczyńskiego, z usiłowaniem jego realizacji począwszy od „marszu na Belweder” w roku 1990, poprzez Porozumienie Centrum, eksponowaną antysystemowość podczas całego procesu mozolnego budowania III RP, cały – nieskrywany przecież – program partii PiS. Patrzyliśmy na to wszyscy, a nie chcieliśmy zobaczyć. Słyszeliśmy wszyscy – 20 milionów wyborców – przestrogi przed październikowymi wyborami w 2015 r., a nie chcieliśmy usłyszeć. I stało się coś, co w drodze demokratycznych procesów jest już nieodwracalne – z przestrzeni publicznej wyprowadzona została demokracja.

W ciągu ostatniej doby usłyszeliśmy dziesiątki, jak nie setki, profesjonalnych komentarzy tego, co przydarzyło się Polsce w dniu 20 grudnia 2017: wystawienia mojego kraju pod pręgierz publiczny na oczach całego świata za sprawą jednego człowieka, któremu udało się przebiegle uzyskać władzę dyktatora, i przez grono jego spolegliwych akolitów. Nie mnie cokolwiek do tych komentarzy dodawać: ja tylko wyję z bólu i ten ból z siebie wyrzucam. Atoli przywołać pragnę najgłębsze przyczyny tego bólu i wstydu, przytaczając opinie wiarygodnych autorytetów, z którymi się identyfikuję – to m.in. prof. Kazimierz Michał Ujazdowski, polityk polskiej prawicy, założyciel Ruchu Wolnej Polski, to prof. Marcin Król, uznany na świecie filozof idei, zdeklarowany republikanin (wydawaną przez niego „Res Publica” czytywałem jeszcze w jej podziemnej wersji w latach 80-tych), któremu daleko do neoliberalizmu, o lewicy nie mówiąc, to również lewicowy polityk, ale przede wszystkim rzetelny naukowiec, prof. Karol Modzelewski. A oto one: za sprawą tej władzy wykluczamy się z rodziny cywilizowanych państw Zachodu. Za sprawą tej władzy Polska ponosi
nieodwracalne straty polityczne, prestiżowe, wizerunkowe i gospodarcze. Polska staje się państwem autorytarnym (tak widzą to zarówno Ujazdowski jak Modzelewski). Państwo polskie stało się już tyranią – tyranią większości, tyranią głupców i kłamców (to Marcin Król). Tyranią, która zagraża fundamentalnym prawom człowieka. Tyranią bezbożną. Tyranią łamiącą podstawowe zasady wspólnoty.

„Gdzie są te kłamstwa?” – dociekliwie pyta znana dziennikarka prowadząca program telewizyjny, żeby słów nie pozostawić bez pokrycia. „To kłamstwo nieustające” – pada odpowiedź po chwili namysłu. Kłamstwo jako metoda, jako narzędzie do zyskania akceptacji dla sprawowania – w sposób niekontrolowany – pełni władzy. To pasmo przekazywanych nieustannie opinii publicznej „faktów kłamliwych”. Ich zbiory – to kłamstwo o III RP, o Europie, o historii, o wielkości dumnego narodu, o rosnącej pozycji w świecie Polski, której los we wspólnocie europejskiej uzależniony jest od „widzi mi się” sprytnego przywódcy niewielkiego kraju.

Unia Europejska, której wciąż jesteśmy „traktatową cząstką” – żeby nie utracić swojej cnoty, żeby nie sprzeniewierzyć się wartościom, na których wciąż jest budowana – nie może na to  wszystko nie zareagować. Czyni to – zgodnie ze swymi niezłomnymi zasadami – w oparciu o traktaty, wciąż jednak z powściągliwością, wciąż pozostawiając przestrzeń do rozmów i „wdrożenia działań naprawczych” w stosunku do 13 ustaw naruszających całą strukturę systemu wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Po wyczerpaniu możliwości nakłonienia władz RP do podjęcia „działań naprawczych” w ramach „procedury ochrony praworządności” wdrożonej przez Komisję Europejską w połowie stycznia 2016 – licznych rozmów, wymiany korespondencji, a w tym trzech „zaleceń”, które nie doczekały się wykonania – pozostała już tylko możliwość zwrócenia się przez Komisję do Rady UE z wnioskiem o to dramatyczne
stwierdzenie „wyraźnego ryzyka poważnego naruszania wartości europejskich”. To na razie tylko wniosek, w dodatku z równoległym, kolejnym, skierowanym do Polski, „zaleceniem” dającym szanse na jego wycofanie. A gdyby i tym razem adresat pozostał głuchy i Rada UE przystąpiłaby do procedowania nad wnioskiem Komisji, będą mu towarzyszyły dalsze rozmowy Rady z polskim rządem i sformułowanie kolejnego „zalecenia”. Do stwierdzenia
doszłoby dopiero wtedy, kiedy głuchota okazałaby się tym razem już nieuleczalna. Ale to stwierdzenie – to jeszcze nie żadne sankcje wobec Polski: to tylko podstawa do zwrócenia się Rady UE do Rady Europejskiej o ich wprowadzenie, co wiąże się z otwarciem kolejnej procedury, kolejnych rozmów, „zaleceń” etc. A finał tej procedury – bardzo mało
prawdopodobny – to formalne pozbawienie Polski głosu tam, gdzie zapadają decyzje o funkcjonowaniu Wspólnoty. O „wyrzuceniu” nie ma mowy – tego żadne unijne procedury nie przewidują.

Tak więc niespiesznie, w oparciu o prawo uchwalone zgodnie przez przedstawicieli 28 państw, działa w obronie swoich wartości ta straszna Unia czyhająca na suwerenność Wielkiego Narodu. Może więc zasadna jest pogardliwa narracja przedstawicieli państwa „atakowanego” przez unijne instytucje: „nic nam nie zrobią”? Bo cóż niby mieliby „zrobić” ci „oni”, którym nie chodzi o nic innego, jak tylko o zachowanie jednorodności ustrojowej członków Wspólnoty i o dominację w niej prawa? Tymczasem owo państwo – moje państwo! – którego powinnością jest między innymi przysparzanie mi satysfakcji – może nawet dumy – z szacunku, jakim jest darzone, przysparza mi palącego wstydu za sprowadzenie tego szacunku do zera, za stanie się pośmiewiskiem, pierwszym organizmem,
wobec którego – po 60. latach istnienia Wspólnoty i ćwierćwieczu Unii – niezbędne okazało się wdrożenie poniżających unijnych procedur. Tymczasem owo państwo – moje państwo! – które ma pełną gębę suwerenności, suwerenność tą osłabia ukazując swoją szpetną twarz toksycznego nacjonalisty, antagonizując wspólnotowych partnerów, odmawiając wspólnotowej solidarności, odmawiając kompromisów, samo sprowadzając do zera wagę swego głosu w nieustannych unijnych negocjacjach. Trzeba być ślepcem, żeby nie postrzegać, iż jest to prosta droga – w nieodległej perspektywie – do pogarszania się komfortu życia i dobrobytu polskiej wspólnoty, ale także do zagrożenia moich „praw podstawowych”, których gwarantem są instytucje unijne.

Podobno nadzieja umiera ostatnia: są wciąż szanse na „wdrożenie działań naprawczych” – na powrót do unijnych standardów, do czego unijne gremia będą uparcie namawiać zagubione polskie państwo członkowskie tak długo, jak tylko będą na to pozwalać niespieszne unijne procedury. Czy jednak da się połączyć wodę z ogniem – fundamentalną
unijną wartość, jaką jest demokratyczne państwo prawa z obłędną koncepcją „samotnej wyspy”, katolickiego państwa narodu polskiego z jego dziejową misją naprawy i chrystianizacji Europy, dla której wdrożenia cel zdaje się uświęcać wszelkie, nawet najbardziej podłe środki? Której nie da się już – zdaniem wielu – wyeliminować z polskiej
przestrzeni drogą demokratycznych przemian, a trzeba będzie ją kiedyś – w nie dającej się przewidzieć przyszłości – „przepędzić”?

Za odpowiedź – konia z rzędem!

Dodaj komentarz